czwartek, 19 listopada 2009
Q & A and Q...
Dodałem jeszcze jedną nową kategorię pt "Myśli". Uprzedzam - to wcale nie muszą być wzniosłe i mądre myśli. Jest sporo tematów, które przewalają mi się przez głowę, ale o których nie mam wiele do powiedzenia. Postanowiłem je notować. Często też stawiam sobie pytania, na które nie znam odpowiedzi. A może wy znacie? Na początek kilka spraw z brzegu:1. Od lat zastanawia mnie dlaczego Holenderki noszą tandetną i tanią bieliznę? Ma się te problemy egzystencjalne, co? ;) 2. Inna sprawa: Dlaczego mężczyźni nie potrafią/nie chcą/nie lubią z innymi mężczyznami rozmawiać o uczuciach? Wie ktoś - dlaczego ? 3. Moja nowa nazwa dla portalu "Nasza-Klasa": UMIERALNIA 4. Ostatnie odkrycie - Głody są wzajemnie znoszące. Odkryłem, że głód silniejszy znosi głód słabszy. Eg. Głód "jedzeniowy" świetnie znosi głód nikotynowy. Podobnie jest z bólem. Jeśli boli cię palec, to gdy urwie nogę, na palec już nie będziesz zwracać uwagi ;) 5. Podobno mam z charakteru sporo z Klingona - dowiedziałem się na Fejsbuku. Mam się cieszyć? 6. Koncern IBM zażądał ode mnie $182 za wiatraczek do laptopa. Mówiąc kolokwialnie - chyba nie lali. Kupiłem to samo na E-bay w Chinach za $16. Złodziejstwo, nieuczciwość nie mają narodowości. 7. Najgorsza trauma - zobaczyć zdjęcie zjawiskowo pięknej dziewczyny po 20 latach z okładem. Spotkała mnie ta tragedia parę dni temu i nie mogę się pozbierać... Do posłuchania Chopin - Prelude in E Minor Opus 28 No. 4
sobota, 14 listopada 2009
Ciąg dalszy podłączania mózgu do sieci
Trochę podłubałem w koncie na Facebooku. W swoim profilu. Powrzucałem parę starych zdjęć, z którymi mam tam problem, że ostały mi się smętne ich resztki. Nie mam swoich zdjęć, bo prawie wszystkie szlag trafił za granicą. Czemu je umieszczam w swoim profilu? Z prostego powodu. Mówiąc brutalnie - zdjęcia robi się po to, aby uwiecznić jakieś subiektywnie ważne, zazwyczaj miłe chwile. Po co uwieczniać takie chwile, skoro człowiek z nikim się potem nimi nie podzieli? Alogiczne. Głównym problemem zdjęć umieszczanych w internecie jest to, że są nieestetyczne, zrobione bezmyślnie. Kiedyś fotografowania uczyły szkoły wyższe. Teraz sklepy z AGD. Facebook spisuje się o wiele lepiej od NK, ale i inna jest jego funkcja. To jest portal zfokusowany na teraźniejszości. Portal Nasza Klasa skanalizował marzenia paru generacji o powrocie do czasów dzieciństwa. Skądinąd, na zdrowy rozum, marzenia z definicji niemożliwych do spełnienia. Facebook pojawił się na polskim rynku za wcześnie. Dlatego z początku nie cieszył się wzięciem. Odbyło się chronologicznie. Wpierw trzeba było zweryfikować marzenia o czasach wcześniejszych i skonfrontować je z rzeczywistością tu i teraz. Do tego służyło narzędzie Nasza Klasa, które padnie, pomimo prób przedłużania egzystencji portalu. Nikt nie chce na dłuższą metę przebywać w towarzystwie duchów przeszłości. Mam taki termin, który wielu blogowym Czytelniczkom nie odpowiada: - Nasza Klasa - pachnie śmiercią. Facebook nie przejmie roli Naszej Klasy, bo nie może. Starsze pokolenia nie znają angielskiego, więc reagują lękiem na ekspansję obcego języka. Dlatego nie polubią Facebooka. Ten natomiast, jako narzędzie integrujące cały glob, nie może istnieć bez języka angielskiego. Z podobnych względów w Polsce nigdy szerzej nie przyjął się komunikator ICQ czy Windows Messenger, a sukces odniósł kiepski program o irytującej nazwie Gadu-Gadu. Starsze pokolenia Polaków są lingwistycznie niedorozwinięte, podobnie jak dwie dekady temu Hiszpanie, którzy znali francuski, ale angielskiego ani w ząb. Jeden z Czytelników parę dni temu w komentarzach napisał żartem, że go niektórzy znajomi uważają za cyborga ze względu na ilość czasu spędzonego w sieci. A ja myślę, że telefonia mobilna, internet, wszystkie te narzędzia pchają nas w kierunku czegoś, co już wiele lat temu uważałem za rodzaj świata perfekcyjnego. Czyli: nieograniczonego dostępu do informacji, gdzie jedyną barierą pozostanie skończona liczba źródeł oraz niedoskonały, zbyt mało wydajny do ich przetwarzania ludzki mózg.
piątek, 13 listopada 2009
Film "8A 4-ever" dostępny na Vimeo
Wstawiłem swój film dokumentalny z roku 2008 „8A 4-ever” na portal Vimeo.com, i wreszcie będzie można film oglądać w lepszej jakości. Jest okazja, żeby film przypomnieć. Produkcję filmu zrealizowaliśmy domowymi środkami, zależy mi więc, żeby nie zaginął zakurzony na szafie, i żeby znajdywał swych kolejnych widzów. To opowieść o historii mojej klasy 8a ze Szkoły Podstawowej nr 8 w Sopocie sprzed wielu lat. Klasy, z której przyjaźnie przetrwały do dziś i mają się lepiej niż dobrze. Myślę, że widz, który chciałby wybrać się w lekko sentymentalną podróż do końca lat siedemdziesiątych, początku osiemdziesiątych - obejrzy film z przyjemnością. Więcej na ten temat – pisałem tutaj. ![]() To,
do czego się przymierzałem od pół roku – udało się zrealizować w
ostatnią sobotę. Od stycznia nosiłem się z pomysłem organizacji imprezy
na sto fajerek dla moich przyjaciół z 8A (oraz 8B, pamiętam!).Gdy nagle pojawiła się chęć wsparcia finansowego dla idei od dwóch moich dobrych kolegów z tamtych lat – Sławka i Piotra, wiedziałem, ze TO się może udać. Udało się. I to jak! Ale, bez pomocy Sławka i Piotra, to, co zdarzyło się w sobotę, nigdy by nie miało miejsca. Wielki szacunek, Panowie! Od strony logistycznej, wyglądało to tak: Miejsce akcji: klub Pick & Roll w Sopocie. Wszystkich witał koncert, „naszej” muzyki z tamtych lat… Electric Light Orchestra. Cała sala wynajęta. Telebimy, plazmy, własny bar, salony VIP do projekcji filmowej oraz telekonferencji. Na balkonie grill, sałatki, później smaczny żurek. W barze wymyślne drinki i smaczne ciasta z owocami. To tak tytułem wstępu. Ludzi ściągałem na imprezę z Nowego Jorku, Kanady, Niemiec i - rzecz jasna – z kraju. Nie było łatwo. Dla tych, którzy nie mogli do Polski dojechać, wymyśliłem telekonferencje. Łączyliśmy się video przez Skype na ogromnym telebimie z Hawajami, potem z Norwegią. Dla wszystkich gości nakręciłem z pomocą E. (patrz parę notek niżej), koleżanki z klasy, półgodzinny film o nas, o naszej klasie, szkole, i Sopocie, którego już nie ma. Film każdy dostał ode mnie na pamiątkę na DVD. Przygotowałem najfajniejsze piosenki z epoki, poczynając od BoneyM i Abby, przez Maanam i Perfect, aż po Electric Light Orchestra. No i, jak przed ćwierćwieczem, robiłem za DJ’a, tyle że tym razem wszystkim sterowałem ze swojego laptopa: Wpierw na nim zmontowałem film, później, podłączony do telebimu, służył do telekonferencji video Skype, a na koniec jako konsola do puszczania muzyki. Tańce do białego rana! Jak dawniej! :) Czy coś się nie udało? Parę osób nie przyszło. Ale, jak to powiedział Sławek, nasz kolega i sponsor wydarzenia: - Ich strata, nigdy w życiu już na coś takiego nie pójdą. Dla mnie ten wieczór 12 lipca był też szczególny. Powróciłem do czasów, które zawsze dobrze wspominałem, znów byłem wśród ludzi, których zawsze lubiłem i lubię. Gdy czasem wspomnę komuś, jak bliskie kontakty mam z koleżankami i kolegami z podstawówki, wielu się dziwi. Że gdyby to były znajomości ze studiów, albo chociaż z liceum to jeszcze… ale ze szkoły podstawowej? Tak jednak jest, bo chodziłem do wybitnej szkoły i niesamowitej klasy 8A, w Szkole Podstawowej nr 8 w Sopocie. Impreza klasowa klasy 8A i 8B (1974-1982) Szkoły Podstawowej nr 8 w Sopocie po 26 latach była huczna i trwała do rana. I powiem jedno. Wracałem taksówką nad ranem ledwo żywy ze zmęczenia i stresu. Bo bałem się że coś się nie uda, że się nie spodoba. Od początku podszedłem do tego jedynego w swoim rodzaju wieczoru bardzo ambicjonalnie. Ale tylu ciepłych słów pod swoim adresem odnośnie tego, co przygotowałem, od ludzi których szanuję i lubię – dawno nie słyszałem. A może wcześniej nigdy nie usłyszałem? I to jest najpiękniejsza nagroda, na jaką mogłem zasłużyć. Powyżej sam film - "8A 4-ever !" o mojej klasie, który popełniłem. Wersja w lepszej rozdzielczości jest pod adresem: http://www.veoh.com/videos/v149365127qNMFSbR ) ps. na wyraźną prośbę niektórych uczestników wydarzenia, zdjęcia na blogu z soboty to raczej "plany ogólne" :) poniedziałek, 14 lipca 2008, trawozerca
czwartek, 12 listopada 2009
Areopag Gdański - Sprawiedliwość dla społeczeństwa
Ks. Krzysztof Niedałtowski - prywatnie mój przyjaciel, oficjalnie - gdański Duszpasterz Środowisk Twórczych właśnie zakończył kolejny gdański Areopag, którego jest głównym autorem. Trafiają się podczas areopagowych dyskusji ciekawe wypowiedzi o świecie, w którym żyjemy. Najciekawszą wypowiedzią, na którą trafiłem podczas zakończonego parę dni temu Gdańskiego Forum Dialogu tym razem poświęconego sprawiedliwości - jest bez wątpienia wypowiedź Anny Strężyńskiej, prezes Urzędu Komunikacji Elektronicznej. Definicja sprawiedliwości wg Strężyńskiej jest dla mnie o tyle ciekawa - że wygłoszona przez urzędnika, który w powszechnej opinii jest przecież oderwany od rzeczywistości, wyalienowany od oczekiwań społeczeństwa. Anna Strężyńska i podjęte dotychczas działania UKE na rzecz ochrony konsumentów są w Polsce bardzo pozytywnym wyjątkiem od tej reguły. Polecam zapoznanie się z zapisem video TVN24 z dyskusji.
środa, 11 listopada 2009
Spaślak powraca?
Jestem bardzo zły na siebie. Wszystko się ułożyło nie tak, jak zaplanowałem. Odstawienie tytoniu wywołało efekt, którego nie do końca się spodziewałem. Wkrótce Boże Narodzenie, Sylwester, a ja nie mam wyjścia i święta będę mieć w plecy. Rzucenie palenia, jak to szeroko opisano w literaturze, spowodowało poszybowanie wagi do góry. Po prawie 7 tygodniach wymknęło mi się to zupełnie spod kontroli. Jeśli nie rozpocznę natychmiast sprawdzonej przez siebie głodówki, zdrowe życie bez papierosów skończy się dla mnie fatalnie – potężną nadwagą. I biegać się w takim stanie nawet nie chce. Bez fajek - nazywając rzecz poetycko – jest totalnie do dupy. Nie piszcie mi o „cudownych” radach, że zamiast czekoladek trzeba jeść warzywka. Ja mam nieokiełznany głód dzikiego człowieka na słodycze. Nie miałem czegoś takiego nigdy dotąd. Nie umiem nad takim głodem zapanować. Zdarzało mi się już nocą lecieć do sklepu po kilka batoników. Zjadałem zaraz przy kasie! I widzę już efekty nowego menu. Nie ważyłem się ostatnio, ale przez ostatnie 6 tygodni przytyłem spokojnie ponad 10 kilo. Jeśli tej spirali nie przerwę, za miesiąc, dwa, będę ważyć tyle, co zawodnik sumo. Są dwa wyjścia – albo zacznę teraz znów palić i wyreguluję metabolizm, albo rozpocznę dosyć długą głodówkę, która również mój metabolizm wyreguluje, ale inaczej. Wybieram drugą opcję, i najprawdopodobniej od strony kulinarnej zrujnuję sobie w ten sposób święta i okres noworoczny. Czuje się tym dobity, ale nie widzę innego rozwiązania. Rzucenie palenia było, i ciągle jest najtrudniejszą decyzją, wyzwaniem, z jakim mierzę się od lat. Po krótkotrwałej poprawie samopoczucia, wcale się bez tych papierosów lepiej nie czuję. Przeciwnie, czuję się gorzej – a na dodatek, jak już wspomniałem, zacząłem monstrualnie tyć. Rozum podpowiada, że rzucanie palenia wyjdzie na zdrowie. Być może kiedyś to docenię. Na razie widzę minusy. Umiem być konsekwentny - więc brnę dalej w życie bez palenia, lecz i bez poczucia satysfakcji. Zauważcie, że nie zachowuję się jak ćpun na odwyku, który marzy o działce narkotyku. Bez widocznych problemów obywam się bez palenia. Nie umiem obyć się bez ogromnych dawek węglowodanów, a nie chcę też wyglądać jak tłusta świnia. Niepalenie zaczęło mi odbierać wszystko to, z czego byłem tak w ostatnich latach zadowolony. Czy o to chodziło?
wtorek, 10 listopada 2009
Mikołaj po holendersku (2006) - przypomnienie
Tyle już napisałem na tym blogu przez te kilka lat, że mało kto poza mną potrafi nad tym zapanować. Postanowiłem od czasu do czasu przypominać wybrane teksty, które z jakichś powodów uważam za ciekawe lub ważne. W tym celu stworzyłem nowy dział pod nazwą "Remanenty". Drogi Czytelniku, nie gniewaj się. Blog internetowy jest medium dość przypadkowym, ponieważ wielu trafia tu przypadkowo. Niektórzy szukają u mnie ratunku, inni pocieszenia, niektórzy zabawy, a niektórzy siebie samych z dawnych lat. Jest też pokaźna grupa takich, którzy szukają w Google zupełnie czegoś innego, a trafiają do mnie. Nie chcę ich traktować per noga, bo i nie mam powodu. Pozdrawiam, af. Mikołaj po holendersku Przeglądam
kolorowe dodatki do gazet o zbliżających się świętach. Włosy stają dęba
gdy pomyślę co spece od marketingu podpowiadają nam aby kupić pod
choinkę. Gdy dorosłem, przez parę lat żyłem wśród ludzi, którzy mieli odbite na punkcie „praktyczności” prezentów. W efekcie co roku dostawałem skarpetki, ciepłe gacie i koszule z domieszką sztucznego tworzywa. Nigdy ich nawet nie założyłem bo dostawałem wysypki.
W Holandii odkryłem, że nie łatwo jest zbudować nastrój polskiej Wigilii. Przed kolacją wsadziłem syna na motor i pojechaliśmy za miasto szukać pierwszej gwiazdki. Gdy w końcu ją znaleźliśmy i po powrocie łamaliśmy się w domu opłatkiem, przyszła sąsiadka. Nie, nie z życzeniami. Z koszem brudów do prania. Ale skąd ona, żydowska emigrantka z Kaukazu miała znać polskie obyczaje? Z karpiem bywa w Holandii problem. Boże Narodzenie zahacza o okres ochronny tej smakowitej ryby. Zawsze jednak możemy kupić tradycyjne świąteczne ciasto z marcepanem bądź najeść się koszmarnie tłustych holenderskich pączków [Oliebol]. Skoro już wspomniałem o Holandii – święta wyglądają tam inaczej niż w Polsce. A jak? Posłuchajcie… Geneza Świętego Mikołaja w Niderlandach sięga czasów pogańskich. Holenderski Św. Mikołaj (Sinterklaas) przyjeżdża do Holandii nie tak jak w Polsce 6, a 5 grudnia. To stara holenderska tradycja licząca grubo ponad tysiąc lat. Dawno temu, gdy nie było jeszcze Chrześcijan, mieszkający tam ludzie wierzyli w różnych bogów. Jednym z nich był Wodan. Podróżował niebem na białym koniu, który miał 8 nóg i miał na imię Sleipnir. Wodanowi towarzyszyły renifery, które mu opowiadały kto na Ziemi był dobry, a kto nie. Gdy ludzie byli dobrzy - zostawiał im Wodan podarki. Gdy byli źli - wysyłał do nich czarnego złego ducha o imieniu Eckehardt.
W wielu regionach tego kraju panuje zwyczaj, że poza prezentem daje się bliskim własnoręcznie napisany krótki wierszyk, który opowiada o epizodzie z ostatniego roku z życia tego, kto otrzymuje prezent. Potem się razem rozpakowuje prezenty i czyta te wiersze. I jest bardzo wesoło :) Parę dni przed 5
grudnia dzieci piszą do Św. Mikołaja listy o tym, co by chciały dostać.
Zostawiają koło kominka swoje buty, w których rano znajdują małe
upominki od Mikołaja - tradycyjne czekoladowe pierwsze litery swojego
imienia, słodkie orzeszki lub marcepan. W niektórych regionach Niderlandów dzieci stawiają koło kominka wiadro z wodą i marchewkę dla konia Świętego Mikołaja – Sleipnir'a.
Rano nie potrafią uwierzyć jak to możliwe, że nocą do domu wszedł koń.
Oczywiście woda z wiadra znika podobnie jak i marchewki.
W każdym razie 5 grudnia, w asyście policji, Święty Mikołaj wkroczy do holenderskich miast ze swoim orszakiem. Jest to także apogeum świątecznej gorączki. Sympatyczne wydarzenie medialne i społeczne. A w Polsce? Pozostają dołączane do gazet durne katalogi i nawaleni podczas pasterki rodacy. piątek, 01 grudnia 2006, trawozerca
Do posłuchania fragment kompozycji Camille Saint-Saëns.. może trochę nie na temat...hmm.
poniedziałek, 09 listopada 2009
Śladami kapitana Jean-Luc Picarda
„Zobacz swój świat choć raz trochę barwnie. Jeśli białe światło ginie w białym świetle, to i czerń ginie w czarni. Pomaluj kulę na czarno i postaw ja przed oczami tłumu. A jeśli ten zrobi wysiłek w kierunku twojego rozumowania, postara się patrzeć na świat malarsko – doświadczy wszystkiego i zrozumie wszystko.” Tak skończył swoją książkę „Machina poetica” mój ojciec. Książkę zadedykował „pamięci wszystkich fantastów, którzy przyczynili się lub przyczyniają do poznania przez człowieka tajemnic wszechświata – poetom nauki.” Książka, o której ciepło pisał Ary Sternfeld, była trudna, zahaczająca o filozofię, kosmologię, kosmonautykę i fantastykę. Z wielu marzeń się wyrasta. Z niektórych nie. Jedno z najpiękniejszych marzeń, które zaszczepił mi mój ojciec - to marzenie o podróżach do gwiazd, odkrywaniu innych światów i cywilizacji. Te marzenia i ja od wczesnego dzieciństwa mozolnie przekazywałem mojemu dziecku. Wierzę, że i on kiedyś przekaże je swoim dzieciom. Moją fantazję ukształtował Stanisław Lem, jego książki, które podsuwał mi ojciec. Niedawno przypomniałem sobie Boże Narodzenie sprzed siedmiu lat. Stałem w sopockiej księgarni i przeglądałem sterty książek. Jak zahipnotyzowany, kupiłem synowi pod choinkę najlepsze książki Lema. Zabawne, że bezwiednie przekazujemy z pokolenia na pokolenie te same wzorce, które pozostają dla nas ważne. Po co marzyć o czymś, czego nie można zrealizować ? Wierzę, że można. Kiedyś ludzkość dojrzeje do lotów w kosmos. Nie chce mi się wierzyć, że inne cywilizacje o Ziemi i ludziach nie wiedzą. Raczej uważają nas za rasę zbyt prymitywną do nawiązywania kontaktów. Za dużo wśród ludzi od wieków agresji i za dużo nie do końca świadomej autodestrukcji. Jeśli się wcześniej nie powyrzynamy, to za kilkaset, może za kilka tysięcy lat z pewnością będziemy żyć na wielu planetach w różnych zakątkach kosmosu. Nie sądzę, że życie dzięki temu stanie się prostsze, ale na pewno ciekawsze. Ufam, że marzenia da się spełniać. Da Vinci, Verne, też marzyli. Sięgnąłem wieczorem po zakurzony film Star Trek The New Generation z kapitanem Jean-Luc Picardem. Przed laty szedłem zatłoczonym korytarzem przez holenderskie centrum handlowe w Utrechcie. W pewnej chwili stanąłem twarzą w twarz Picardem. Bez zastanowienia stanąłem na baczność i krzyknąłem po angielsku – Witaj Kapitanie Jean-Luc Picard! Wokół mnie zapadła głucha cisza. Dopiero po chwili zdałem sobie sprawę z tego, że stoję przed papierową reklamą serialu Star Trek w skali 1:1…. Czytaj też: http://miesozerca.blox.pl/2006/10/UFO-i-ja.html Muzyka: Indiana Jones theme...
sobota, 07 listopada 2009
Facebook na dachu pociągu
Co rusz spotykam takich, co nie potrafią posługiwać się komputerami. Mówią, że nie mają czasu na takie pierdoły. Kłamcy. Mówią też „Podziwiam, że ty tyle o sobie mówisz na swoim blogu”. A ja się pytam inaczej - szerzej, bo przecież internet nie jest jedyną dostępną formą komunikacji, ekspresji - po co żyć, skoro nikt się o tym nigdy nie dowie? Niektórzy tłumaczą pasywność ochroną prywatności: „- I’am not an extrovert”. Odwracają kota ogonem. Że niby bycie otwartym to aberracja. A co w tej skrywanej prywatności ma być niby takiego interesującego? Kogo obchodzą szarzy ludzie, którzy nie mają nic do powiedzenia? Już słyszę – nie generalizuj, przecież nie wiesz. Nie chce mi się wierzyć, że świat składa się z miliardów geniuszy, na których poprzez spisek nikt się nie poznał. Mam swoją teorię. Znam wielu introwertyków, którzy nie wydają się ciekawi gdy się odezwą. Ale jak zaczynają pisać – to szczęka opada. Nie da się poznać wnętrza człowieka, jeśli ten przez całe życie milczy jak kołek. Przed rokiem namawiałem znajomych, aby nadążali za technologicznymi nowinkami i zakładali konta w Twitterze i Facebooku. Ci starym zwyczajem wyzwali mnie od warszawskich snobów, mimo że Warszawiakiem nie jestem. ...Już prędzej snobem ;) Smutny kompleks sopockiej prowincji, gdzie się wielu wydaje, że Warszawa to jakiś pieprzony Paryż. Dla mnie internet – także Facebook - był i jest narzędziem, który ułatwia komunikację. Nie muszę codziennie zasuwać samolotem do Ameryki, Kanady, Australii i Londynu, aby dowiedzieć się co słychać u ludzi, których lubię i cenię. Umykam też dzięki internetowi od tych, którzy życie sprowadzają do kursu praca-dom-praca-telewizor-głupia żona/mąż. Mają oni w sobie coś z zombie. Wysysają radość życia. Mankament komunikacji sieciowej jest jeden. Odległości, które dzielą nie są wytworem wyobraźni, i nie mogę iść z X. na kolację, bo ta mieszka po drugiej stronie kuli ziemskiej. A może i bym chciał pójść na tę pieprzoną kolację z X. Ha, ha, ha. :( Tak, to bywa problemem. Fakt. Czasami robię coś za wcześnie. Gdy moja firma oferowała w Polsce internet, ludzie pukali się w czoło, a mnie uważali za wariata. Gdy proponowałem firmom internetowe portale, witryny, transmisje radiowe, obsługę poczty elektronicznej, wielu uważało mnie za naciągacza. Im przecież wystarczył fax i reklama w książce telefonicznej. Dla mnie internet był od początku pomysłem na genialną komunikację z całym światem, której mi brakowało. Siedziałem w moim biurze z widokiem na sopockie molo, dokładnie w miejscu gdzie teraz stoi hotel Sheraton. Miałem cały świat na wyciągnięcie ręki. I strasznie narzekałem. Słyszę – „Nie mam czasu na Facebooka”. W pracy, ci sami ludzie potrafią wysyłać kilkadziesiąt emaili na temat takich pierdół, jak kształt tabliczki na drzwiach albo szlaczka na wizytówce, i tego za marnowanie czasu nie uważają. Bez komputera taką sprawę załatwia się w kwadrans. Za ścianą internetu ukrywają nieudolność, głupotę, albo zwyczajne lenistwo. W człowieku jest sprzeczność. Bywa potwornie nieszczęśliwy, ale go nie namówisz, żeby cokolwiek w życiu zmienił. Spotykam takich całkiem często. Chociaż staram się na wszelkie sposoby unikać. Grubi, łysi, zaniedbani, i mają wiecznie za złe. Na żony mówią „moja stara” i uważają to za szalenie dowcipne określenie. Gdy te nie słyszą, dodają, że te żony, to strasznie głupie są i opowiadają o nich ordynarne dowcipy. Żony o mężach mówią podobnie, ale rzadziej i ciszej. W każdym razie przy mnie. Pytam, czemu trwają w tych swoich koszmarach? Nie pytam, po co się w takim razie z nimi w ogóle żenili. Nie pytam również, dlaczego tak beznadziejnie wyglądają. Brrr. Sezon rozwodowy trwa w najlepsze. Sypią się te małżeństwa, jak kasztany jesienią. Mimo całego tragizmu, rozwody zaczynają mnie śmieszyć. Jedna znajoma, desperatka, ledwo się rozwiodła, zapisała się na portal Sympatia.pl i już planuje kolejny ślub. Jak mocno trzeba być zdeterminowanym, aby męża szukać w takich miejscach... Zaczynam coraz trafniej prognozować, ile komu zostało do rozwodu. Paskudna zabawa. Niestety prawie zawsze mam rację. I na co mi ta wiedza? Trzeba zrobić w życiu chociaż od czasu do czasu coś z jajem. Może rozwód jest jakąś metodą na przejrzenie na oczy? Bo ja wiem... Mam kolegę, który codziennie zaiwania po Berlinie prawie sto kilometrów rowerem. Startuje w międzynarodowych zawodach, w których zasuwa przez Europę parę dni bez snu. Może trochę przegina. Bliżej – jedna z moich czytelniczek jeździła po pustyni w okolicach Dubaju na desce, jak po śniegu. Też wypas. Inny mój znajomy pojechał w amerykańskiej armii do Iraku na wojnę. Mnie to imponuje – bo ja kocham Stany miłością platonicznie naiwną, ale szczerą. Jeszcze inni z przyjaciół projektują fantastyczne domy. Są aktorami, reżyserami i muzykami. Nie każdy musi być wybitny. Ale ... szkoda nie zrobić czegoś wartego wspomnień i przez resztę życia żałować. Przejechać się na dachu pociągu, przeżyć fantastyczny seks w samolocie, albo ...na ołtarzu w kościele, whatever :) Zrobić coś niezwykłego. Złamać konwenanse. Czemu nie?
piątek, 06 listopada 2009
O przyjaźni
Znajoma z Niemiec wysyła sygnały, że z nią źle. Nie wiem, czy robi to do końca świadomie. Może tak, a może nie. Do Niemiec daleko. Zapytała, co to jest przyjaźń? Co na takie pytanie odpowiedzieć? Przecież nie cytatem z wiersza lub encyklopedii, bo takie tłumaczenie jest nic nie warte.W przedszkolu miałem rosyjską książeczkę w twardej okładce. Moją ulubioną. Bajkę o kotkach z obrazkami. Oglądałem ją setki razy. - Małżeństwu kotków dobrze się wiodło. Kotki ciężko pracowały. Sąsiadami były inne zwierzęce rodziny. Pani Świniowa z gromadką dzieci, pani Krowa z mężem, pan Kogut z Kurą i kurczętami, rodzina Lisów z małymi lisiątkami, a nawet rodzina Wróbelków, którym nigdy się nie przelewało. Pewnego dnia pani Kotka urodziła swoje dzieci, i rodzina postanowiła w swoim nowym, pięknym domu, wyprawić przyjęcie. W zimowy wieczór zaproszono wszystkich sąsiadów. Przybyli z całej wioski, wystrojeni, na bal. Niestety, podczas wystawnego wieczoru zaprószono ogień. Dom stanął w płomieniach i spłonął. Rodzina kotków została bez domu z dwojgiem dzieci zawiniętych w kocyk. Ruszyli w mróz do sąsiadów pytając o coś do zjedzenia i o nocleg. Wszyscy kolejno odmawiali. Padał śnieg. Gdy już stracili nadzieję, na rubieżach wsi napotkali najbiedniejszą chatkę, w której mieszkały wróbelki. Te pozwoliły kotkom zamieszkać razem z nimi i ogrzać się przy domowym ognisku. Bajka z ust dorosłego człowieka zapewne ckliwa. Ale do tego właśnie sprowadza się istota przyjaźni. Tyle razy ją czytałem - a nie zrozumiałem nic z tej dziecięcej, rosyjskiej opowieści, ponieważ uważałem, że to tylko bajka. Na początku dorosłego życia, odkryłem umiejętność przyciągania do siebie ludzi z problemami, w depresjach. Dawałem im jakieś ukojenie. W żarcie, mówiłem wtedy sam o sobie, że powinienem był zostać księdzem, bo tacy pewnie uwielbiają pocieszać. Później, postanowiłem swój dar wykorzystać podczas realizacji moich reportaży i filmów dla telewizji. To były zawsze smutne filmy. Umiałem z marszu otwierać człowieka. Jak nóż w maśle, błyskawicznie docierałem do najboleśniejszych ran duszy moich rozmówców. Intuicyjnie. Któregoś dnia przestraszyłem się tej „umiejętności” . Nie chciałem, nawet w imię szlachetnych przesłanek – jak film dokumentalny, krzywdzić ludzi zadając im niepotrzebny ból. Z biegiem lat każdy z nas trafia na rafy. Na niektóre z nich człowiek pakuje się dobrowolnie, na niektóre dowozi go zdradziecki kapitan, albo pijany pilot. Efekt jest zawsze podobny. Toniemy. Czym bardziej okazały był nasz okręt, i czym bardziej jesteśmy wrażliwi, tym przeżywane życiowe tragedie bardziej bolą. Ja, ekstrawertyk, nigdy nie miałem problemu z okrzykiem „Ała, boli!”, ale zakładam, że cierpienie introwertyków może być jeszcze większe. Ci tłamszą przecież wszystko w sobie. Miałem chwilę w życiu, gdy zawalił mi się świat. Ponieważ jestem z gatunku wrażliwych, a może i nadwrażliwych, to zaznałem multiplikacji owego „zawalenia”. Wychodziłem z opresji dobrych parę lat, chociaż do dziś wydaje mi się, że wówczas minął najwyżej rok. Dziś na to patrzę tak, jakbym tamte lata przespał. Był taki film "Coma". Też horror. Poznałem sens zdania „co cię nie zabije, to cię wzmocni”. Nauczyłem się wówczas bardzo dużo o życiu, o upadku, o człowieczeństwie, ale także o miłości i przyjaźni. Może czas się tą wiedzą podzielić? Skupię się na przyjaźni. Zanim mój dawny świat się zawalił, wydawało mi się, że otaczają mnie tłumy przyjaciół. Moje życie przypominało jazdę po ogromnych falach na desce do Windsurfingu. Gdy coś nie szło tak, jak powinno, miałem zawsze sprawdzony sposób – wskakiwałem na większą deskę i większe fale. Gdy zacząłem tonąć, bardzo się zdziwiłem. Nie było wokół mnie prawie nikogo. Tylko ja i lodowate morze z ogromnymi, co chwilę przykrywającymi mnie falami. Ludzie, których uważałem za przyjaciół – momentalnie odwrócili się i uciekli w popłochu. Myślałem, że mogę liczyć na pomoc tamtego krzykliwego, barwnego otoczenia, ale nikt mi nie pomógł. Tak się w amerykańskich w filmach nie dzieje. Ale w życiu i owszem. Ludzie bywają wyjątkowo podli. Kim naprawdę są ci, których znamy, a często uważamy za bliskich - poznajemy dopiero w sytuacjach ekstremalnych. Wtedy jest już za późno. Teraz pora na optymistyczną część: Takie sytuacje weryfikują prawdziwych przyjaciół. Paru się ostało. Tych starych, sprawdzonych, "z pierwszego rzutu". Uśmiecham się, ponieważ na co dzień bywa, że krytycznie ich oceniam. Twierdzę, że Iksiński to pacan. Bo coś. A Igrekowska też nie taka, bo coś innego. No bo, najlepiej przecież, gdyby oni wszyscy byli tacy świetni, jak JA! :] Ale właśnie wtedy, kiedy wszyscy na mój widok salwowali się ucieczką, to ci Igrekowscy i Iksińscy mnie holowali. Dzwonili, wyciągali na spacer, troszczyli się, pomagali. Gdy ich wyrzucałem, kazałem iść do diabła, za jakiś czas wracali i znowu wyciągali rękę. Rozumieli. Chyba. Po swojemu – troszczyli się. Jest w tym werbalnie zdewaluowana, ale przecież nadal potężna moc ludzkiej solidarności. Bo razem brniemy przez życie. Czasem piękniej, czasem podlej, ale swoim nie chcemy dać pójść na dno. Chociażby dlatego, że w każdym z naszych przyjaciół jest cząstka nas samych. Przyjaźń to jedna z tych irracjonalnych, pięknych cech człowieka. I wiem z całą pewnością o niej jedno – że nie jest twoim przyjacielem ten, kto o swojej przyjaźni do ciebie mówi… Znów Lennox: Into the West...
czwartek, 05 listopada 2009
Złe emocje jako motywacja w bieganiu
Złe emocje, albo mroczne cechy osobowości. W skrócie - zło. Każdy je w sobie nosi. Dziś więc o tym, że nasze prywatne zło, które tak w sobie hołubimy, może się okazać bardzo pożyteczne! Ave Sataaaan! :)Pogoda idealna dla runnerów – masochistów. Silny, lodowaty, wschodni wiatr. Pierwsze płatki śniegu. Nie, jak przywykłem - początek zimy wolny i dostojny, w ciszy. Śnieg zacinał tak, że bolało. Według komputera minus 1 stopień Celsjusza. Na złość sobie i całemu światu pobiegłem. Stwierdziłem, że się nie dam i żadnej taryfy ulgowej nie będzie. 145 minut, 23 kilometry z okładem. Gdybym to robił dla kogoś - poległbym. Ale robię to dla siebie. A dla siebie, bez presji, to zupełnie inna rozmowa! Egoizm - podstawa motywacji. Nawet, gdy już biegałem, to długo dbałem o pozory. Aby przypadkiem nikogo nie urazić. Na przykład, gdzie by tu na trasie z Gdyni do Gdańska się wysikać? Teraz i to mi powiewa, najwyżej mnie zamkną za nieobyczajne zachowanie. Nie moja wina, że trójmiejskie samorządy uważają, że ludzie nie muszą sikać. Jakby to powiedział Jan Himilsbach - "Panowie, szczamy do zlewu!". Albo pod drzewkiem. Póki zasuwałem z wiatrem w plecy, biegło się dobrze. Sztorm. Po nawrocie – pod wiatr. U nas wieje albo z Rosji, albo z Niemiec. Rosyjski wiatr jest lodowaty. Wydawało mi się, że dreptałem w miejscu. Popatrzyłem na siebie w odbiciu szyby nadmorskiej restauracji. Nie wyglądało to dobrze. Paralityk. Dobrze, że wziąłem rękawiczki. Biegnąc pod wiatr wpadłem w rytm - „safe-mode”. Coraz mniej się wybijałem do góry, za to zaczynałem stawiać coraz dłuższe kroki. Próbowałem w ten sposób oszukać zmęczenie i po cichu przyśpieszać. Daje się tak biegać przy wydajnym chłodzeniu, z którym nie było kłopotu. Latem widziałem bardzo szczupłą i zgrabną dziewczynę, która tym stylem cudnie biegała. Wyglądała jak lampart. No, ale ja jak lampart nie wyglądam, nawet przy wydajnym chłodzeniu. Sorry ;) Gdy biegam daleko, często zamyślony, nie kontroluję tego, co się ze mną dzieje. To jak z samochodem. Jedziecie i patrzycie do przodu, nie na koła. Pusta droga. Nikogo na rowerze, nikogo z biegaczy. Może z dwie zbłąkane babcie z wózkami. Mógłby mnie jeden z drugim napaść albo zastrzelić - przy takim wyciu morza wątpliwe, by ktoś to zauważył. Trudno w takiej atmosferze o optymizm. Prościej o złość. Było tak niemiłosiernie zimno, że poszukując ujścia złości na to, że jeszcze tyle kilometrów przede mną, zacząłem wyliczać w myśli tych, z którymi mam niedokończone sprawy. Kilka osób. Ale w ich wypadku reaguję, jak pies Pawłowa. Zemsta przecież jest słodka! Chyba się opłaciło. Po chwili zacząłem biec sporo szybciej z jedną myślą: By nie poddawać się i mieć siłę złym ludziom kiedyś odpłacić. Okazja się znajdzie. Co się odwlecze, to nie uciecze. Mam bardzo dobrą i dłuugą pamięć. To wszystko, co wyżej, to prawda. Lecz nie piszę tego po to, by komuś popsuć wieczór. Nie tym razem. Piszę – abyście, gdy wam bardzo nie chce się iść na trening, wykrzesali z siebie nawet najgorsze instynkty po to, aby się zmusić do biegania. Za każdym razem, gdy już swoje wybiegacie – docenicie włożoną pracę i wysiłek. Nabytą siłę, sprawność, whatever. Będziecie lepsi w każdym znaczeniu od tego, czym i kim byliście dawniej. Do biegania kolejne coś z motywem akordeonu, identyczne jak to, co wkleiłem z tydzień temu (clip z laskami w zwolnionym tempie), nawet nie podpisuję kto to, to bez znaczenia, ważne żeby było rytmiczne, melodyjne. I jest. Swoją drogą, nie rozumiem w imię czego wymyśla się dla muzyki tanecznej wciąż nowe nazwy. Idiotyzm.
środa, 04 listopada 2009
Na skrzyżowaniu
Nie do końca prawda, że przestałem pisać. Próbuję, ale stwierdzam, że co piszę - nie nadaje się do publikacji. Pojechałem trochę wypocząć do mojej warszawskiej przyjaciółki, od której później wcale nie chciało mi się wracać. Ona jak zawsze, zadbała o wszystko. Było jak w pięknej bajce. Gdy rano się zbudziłem, usłyszałem za drzwiami jej kroki. Takie same, jak 20 lat wcześniej w warszawskim akademiku. Że też ja takie rzeczy pamiętam... Te moje przyjaźnie z dawnych lat - są dla mnie bezcenne. Tak jak wcześniej w gimnazjum, tak będąc w liceum mojego syna, gdy nikt nie widzi - wzdycham sobie. Jestem dumny i zazdrosny. Dumny, że moje dziecko chodzi do tak fantastycznej szkoły, a zazdrosny, bo będąc nastolatkiem tak strasznie marzyłem o takim liceum, ale na marzeniach się skończyło. W PRL nie było takich szkół.Gdy we Wszystkich Świętych poszedłem biegać, spotkałem koleżankę, która mnie kiedyś zmotywowała do zabrania się za siebie. Miałem jeszcze 7 kilometrów do przebiegnięcia, więc połączyliśmy siły. Ona jechała na rolkach, ja biegłem koło niej. Rozmowa zaczęła się nieszczególnie. Usłyszałem, że chudzi są złośliwi. A ja, to już w szczególności. Bo powitałem ją głośnym – O, no popatrz, dziś dzień zmarłych, a ja właśnie o tobie myślałem! Humor sytuacyjny. Dobrze, że znamy się ze 40 lat. Inaczej by mi te żarciki płazem nie uszły. Później, wyskoczyliśmy coś zjeść. Ciekawa rozmowa. B. bardzo by chciała, żebym był dokładnie taki sam, jak wszyscy inni. A ja powiedziałem coś, co mnie do teraz dziwi: – Wiesz, mnie się przestało śpieszyć. Odnalazłem harmonię sam ze sobą i to jest dla mnie ważne, bo tej harmonii nigdy nie miałem. Biegam, jak dzisiaj, i czuję się szczęśliwy. Usatysfakcjonowany. :) Wieczorem oglądałem nowy film „Jeremy Clarkson Duel”. Mam znajomych, którzy wypruwają sobie flaki, żeby jeździć samochodami za podobnie wielkie sterty pieniędzy. A ja zobaczę film, i mi wystarczy. Pożyteczna umiejętność. Gdybym miał na auto za pół miliona, to bym się ciągle stresował, że mi je ktoś ukradnie. Na co mi to? Umarł znajomy. Pracowaliśmy razem. W gazecie napisali, że „nagle”. A moim zdaniem wcale nie „nagle”. Miał od lat potężną nadwagę, sapał, palił, pił, to pompa nie wyrobiła. Właśnie dlatego, aby tak nie skończyć, zmieniłem podejście do życia. A czy to na coś się zda, to nie wiem. Znajomego żal, ale co zrobić. La vie. Nie palę. Został miesiąc "kuracji". Chyba znowu coś mi się udało, ale nie chcę zapeszyć. Pogadamy o paleniu za rok, za dwa, kiedyś. O szkole - czytaj też: http://miesozerca.blox.pl/2006/11/Szkola-na-piatke.html http://miesozerca.blox.pl/2006/09/Szkola-po-polsku.html ps. Do biegania - Stachurski. Hahaha - ten kawałek jest boski. Nowy Gałczyński się narodził! ;)
wtorek, 03 listopada 2009
A ja chcę nerwosol!
"Potężna wichura, łamiąc duże drzewa, trzciną zaledwie tylko kołysze. Jakie życie morał taki, dawaj w palnik i bez draki, bo jak przyjdzie co do czego, to już będziesz do niczego." PS. Nadal siedzę cicho, biegam, nie palę, jedyne - mimo deklaracji, nie przebiegłem w październiku maratonu. Chrzanić. Nie chce mi się.
piątek, 30 października 2009
Przychodzi Hamsun i mówi...
W ramach przypominania moich blogowych staroci dziś film "Głód" wg Knuta Hamsuna w reżyserii Henninga Carlsena. Film przypominam, bo to jeden z tych ważnych dla mnie. Z tych, które w jakiś sposób rzutowały na moją wrażliwość, na to kim jestem i kim nie jestem. Arcydzieło. Głód - Sult Załadowane przez: miesozerca.
niedziela, 25 października 2009
Separacja
Postanowiłem zrobić przerwę od pisania. Poniżej parę obrazków z bloga sąsiada. Dlaczego przerwa? Ponieważ: Nie palę od miesiąca po raz pierwszy od ćwierćwiecza, i nie mam z tego powodu krzty satysfakcji. Czuję się tak jak dawniej, ino zacząłem puchnąć jak purchawka. Czasem, nie zawsze, po naklejeniu plastra Niquitinu, przez kilka godzin czuję się bardzo źle. Uprzedzają o tym w ulotce. I ja uprzedzam ewentualnych naśladowców w rzucaniu palenia. Uczucie jest wtedy takie, jakbyście mieli zaraz się obalić na glebę i zasłabnąć. Bardzo nieprzyjemne. Potem wszystko wraca do normy. A. z Hawaii twierdzi, że teraz jako "okaz zdrowia" jestem lepszy, niż dawniej. Lepszy do czego? P., przyjaciel z tego samego źródła co A., pociesza, że cera mi nabrała kolorów, i że to jest mój nowy etap w życiu. Biegam, zdrowo żyję, zero używek, zero nadwagi, i bla, bla, bla. Kurewsko wyśmienicie. Tylko mi anielskich skrzydeł brak! A ja patrzę w lustro, i widzę, że wszystko, co w sobie ceniłem - zrobiłem w życiu w rytmach Mickiewicza: Jedzą, piją, lulki palą, Tańce, hulanka, swawola; Ledwie karczmy nie rozwalą, Ha ha, hi hi, hejże, hola! Poza odpowiednią wagą i nowym hobby, bieganiem, nie podobam się sobie. To nie ja. Przestałem być twórczy i czuję się z tym fatalnie. Stworzyłem potwora! :] Dopóki mi nie przejdzie, dopóty pomilczę sobie. "Co jest najśmieszniejsze w ludziach: Zawsze myślą na odwrót: spieszy im się do dorosłości, a potem wzdychają za utraconym dzieciństwem. Tracą zdrowie by zdobyć pieniądze, potem tracą pieniądze by odzyskać zdrowie. Z troską myślą o przyszłości, zapominając o chwili obecnej i w ten sposób nie przeżywają ani teraźniejszości ani przyszłości. Żyją jakby nigdy nie mieli umrzeć, a umierają, jakby nigdy nie żyli." — Paulo Coelho |
O autorze
Ostatnie notki
Zakładki:
... O autorze tego bloga słów kilka:
Archiwum moich notek
Komputerowo ...
Odwiedzam ...
Po godzinach ...
Takie mydło i powidło ...
X ... katolicyzm pozytywnie. I to nie dość że w Polsce to zrozumiale i mądrze.
Xx ... wspomnień dawnych czar ...
Xxx ...moje najpiękniejsze miejsca na Ziemi.
![]()
![]()
![]() ![]() | ||||||||||||||||||||||||||||||||||||||||||||||||||||||||||