Polityka, dobre żarcie, kultura, wspomnienia i bieżące przemyślenia.
środa, 02 grudnia 2009
Wiatraczek czyli fan



Przeprosiłem się z jednym z moich komputerów. Informacja o tyle ważna, że bez sprawnych moich zabawek nici będą z mojego pisania. Znielubiłem notebooka za sprawą dźwięków, które z siebie od wakacji wydawał. Hałas wentylatorka działał na mnie jak wiertarka, którą ktoś próbuje wwiercić mi się w czaszkę. Wiatrak chłodzenia się zużył. Nie jestem zły na taki stan rzeczy, bo moje komputery pracują na okrągło 24/h i części mechaniczne mają prawo się zużyć.

Mam pretensje do handlarzy o bardzo kiepski i paranoicznie drogi serwis gwarancyjny laptopów. Autoryzowane serwisy domagają się za coś – co kupiłem w Chinach na eBay’u za kilkanaście dolarów – prawie pięciuset złotych. Dziś przyszła z Chin przesyłka. Szła 2 tygodnie, ale to bez znaczenia. Ważne, że doszła. Przykręciłem nowy wiatraczek – i nagle – mój notebook zaczął pracować cichutko, bezgłośnie. Błogi spokój. Wreszcie.

Ktoś zakrzyknie "- a co z utratą gwarancji?" Po pierwsze dawno już jej nie ma. Po drugie - tzw. gwarancje - to zazwyczaj marketing, fikcja i bezczelna metoda na drenaż kieszeni. Jeśli jesteście jeszcze młodzi - to zapamiętajcie raz a dobrze jedną z ważnych zasad tego świata: za darmo, to możecie dostać na tym świecie w*ierdol. Nazywając rzecz obrazowo.
Gmeranie w komputerowych bebechach to moje hobby, czasem bardzo przyjemne - jak latem, gdy przywróciłem do życia dla mojej Teściowej superowego laptopa, który w teorii nie miał prawa dalej żyć.

Przy okazji tematów okołokomputerowych -  odkryłem, że Facebook jest bardziej kompatybilny ze światem Mac, niż ze światem PC.
Ci z Maczkami z moich kontaktów wiszą mi na liście Adium. A "pecetowcy" poruszają się po Fejsbuku, jak po Naszej Klasie - wyłącznie przeglądarką. Trochę to upierdliwe. O wiele sprawniej wygląda też komunikacja z FB aplikacji w iPhone. Z mojej Nokii nadal pisanie w FB jest mordęgą.
Poza tym, moje gesty zachęty do skorzystania z nowych technologii spotkały się w Trójmieście z pogardliwym wzruszeniem ramion: "W niektórych kręgach jak cię nie ma na FB to nie jesteś SI, COZI, JEZZI, COOL i co tam kurwa jeszcze nasza warszawska młodzież wymyśliła..." - usłyszałem wczoraj.

Nie - to nie. Nic na siłę.  Od wielu lat czuję się technologicznie niekompatybilny z trójmiejskim otoczeniem. Ja tymczasem jestem Fejsbukiem zachwycony....

poslušaj radio preko 
interneta Radio Tartini live on-line (iTunes/Winamp Shoutcast 128kbps stereo stream) -> tego się u mnie słucha.

Internetowe Dzienniki Biegowe
wtorek, 20 października 2009
Termometr

  

Nie piszę o informatycznych nowościach w świecie Windows i Mac OSX, bo takowych brak.  Dziecię zrobiło upgrade Maczka z Leoparda do Snow Leoparda, w efekcie czego przestał działać mu modem, wifi, i kilka programów. No to ja ze swoim upgrade się postanowiłem powstrzymać. Po co mam psuć coś, co dobrze działa?

Wiecie, kim był Victor Lietzan? Nie? Był przed wojną producentem termometrów w mieście Danzig. Przed wojną, to znaczy wtedy, gdy Gdańsk rozkwitał i był miastem autentycznym, bo nie w granicach Polski, jeszcze nie zdemolowanym przez Rosjan i nie dorżniętym przez Polaków.

Na pamiątkę tych czasów, które znam jedynie z fotografii, zachowałem sobie parę pamiątek. Między innymi rtęciowy termometr, który przez długi czas wpierw w Polsce, później w Holandii, informował mnie ile jest na dworze stopni Celsjusza i Réaumura.

Mimo, że termometr ma co najmniej 70 lat – to nadal działa. Parę lat temu zdjąłem go z okna i ułożyłem na honorowym miejscu w domu, żeby sobie biedaczek na emeryturze odpoczął. Zacząłem korzystać z internetowych informacji o pogodzie, w efekcie czego używając dwóch systemów operacyjnych nie wiem o temperaturze nic.
Do wiosny było dobrze, a od wiosny Windows podaje jedną temperaturę, a Mac OSX drugą.  ..A ja nie wiem, co na siebie włożyć !  :]

..
PS. Wczoraj było za fajnie na blogu, więc dziś studzimy:
1. Zawistników - palaczy pocieszę, że w 4 tygodniu na nikotynowym odwyku niebotycznie chce mi się znowu palić (i jeść, o czym poniżej).
2. Zawistników - spaślaków pocieszę, że zgłębiając wieczorem archiwalne zapiski sprzed dekady jednej z moich amerykańskich czytelniczek na temat walki z nadwagą pochłonąłem 2 litry coli, wielką paczkę chipsów, 2 lody Magnum i kilo waniliowego jogurtu „Danio”.  Zdrowie na budowie!
Muszę poszukać, gdzie w okolicy przyjmują zapisy na Sumo :]



Internetowe Dzienniki Biegowe
środa, 26 sierpnia 2009
Czasy Goebbelsa minęły

..Nie przepadam za ludźmi nadmiernie pazernymi na szmal. Bardzo bym chciał, aby Apple przestał się wygłupiać i pozwolił instalować OSX Leopard na pecetach. To nie tylko kwestia atrakcyjniejszej ceny od tych Apple windowanych przez koncern do granic absurdu, ale i większych możliwości (sic!) pecetów.
W blaszaku można bez bólu podkręcić taktowanie procesora o 30-40% nie ponosząc z tego powodu żadnych kosztów. Najwyżej parę złotych na bardziej wydajny wiatraczek.  Spróbujcie to zrobić w komputerze Mac.
[Owszem, da się softwarowo zrobić overclocking za pomocą narzędzia z ZDnet, ale na przykład w iMac’ach jest to igranie z ogniem, z uwagi na lokalizację procesora tuż przy matrycy LCD.] Przede wszystkim jednak części są do blaszaka tańsze. O kilkadziesiąt, a czasem i 100% ceny tych ze sklepów dla Apple.

Nie jest kwestią, czy Apple się zgodzi na instalowanie Mac OSX na komputerach PC, a kiedy się na to zgodzi.  Firmy, które poszły śladem Psystar i rozpoczęły sprzedaż własnych klonów Macintoshy z preinstalowanym Mac OSX  rosną, jak grzyby po deszczu.  Apple tego procesu nie powstrzyma. Może jedynie próbować  spowalniać trend  wyznaczony przez pionierów spod znaku OSX Hackintosh.

Najmniej miarodajnym źródłem informacji stały się media, które powtarzają bez większego sensu to, co im się powie. Za mediami, powtarzają to samo politycy i gros społeczeństwa również bez większego sensu.  Jacek  Kurski miał rację twierdząc „Naród ciemny – to kupi”.

Dysproporcja pomiędzy myśleniem życzeniowym wielkich koncernów, za nimi telewizji, a tzw. „realem”, widać świetnie w Internecie, który jak walec pędzi nie oglądając się na krzyki, wrzaski i tupanie nogami najbogatszych. Prawda jest taka, że to sektory  IT , software i hardware muszą się dostosowywać do kolein technologicznych, którymi gnają użytkownicy komputerów, nie odwrotnie.  Paradoksalnie, firmy Apple, Microsoft, cały sektor telekomunikacji, bardziej robią za hamulcowych, niż stymulatorów rozwoju technologii. To internauci zaczęli wymyślać nowe technologie. Koncerny jedynie, odpowiadając na zapotrzebowanie rynku, szybciej lub wolniej je absorbują. Nie byłoby sklepów iTunes, gdyby wcześniej ludzie nie zaczęli wymieniać się plikami, i tak dalej, i tak dalej.

Dr Josef Goebbels, gdyby żył w dzisiejszych czasach, byłby geniuszem Public Relations. Musiałby jednak zweryfikować jedno ze swoich słynnych powiedzonek, że każde kłamstwo ileś razy powtarzane staje się prawdą.  W erze swobodnego dostępu do informacji kłamstwa da się wcześniej lub później zweryfikować chociażby w Google. Jeśli więc RIAA, media, a za nimi politycy  twierdzą, że posiadanie plików z muzyką czy filmami z internetu jest nielegalne, że to przestępstwo i kryminał, a setki milionów ludzi się nimi wymienia, to ktoś tu albo zwariował, albo, co bardziej prawdopodobne, cynicznie próbuje wykorzystywać  swoją uprzywilejowaną pozycję i możliwości kształtowania opinii w mediach wmawiając, że coś jest takie albo owakie i zastraszając społeczeństwo.
Efekt takiego myślenia przynosi równie mierny rezultat, jak walka z alkoholizmem za pomocą zakazów, czy restrykcyjne prawo względem palaczy  marihuany. Czyli żaden.
Jeśli rozwieszę nad Warszawą kilometrowy billboard z informacją, że jestem nowym królem Anglii, to nie stanę się nim od tego przecież.

Gdyby zgoda koncernu Apple na instalację systemów Mac OSX na komputerach  innych marek niż Apple, wiązała się z utratą dochodów z tytułu licencji, umiałbym stanąć po stronie Apple. Ale tak nie jest. Producenci klonów komputerów Mac płacą firmie Apple za preinstalowane kopie systemu.

Tym, którym się nie przelewa, a którzy chcą rozpocząć swoją przygodę z Maczkiem pozostaje przestać się bać.  Ani Apple, ani żaden inny koncern nie zdołają zamknąć do więzień setek milionów ludzi, którzy codziennie wymieniają się "nielegalnymi plikami", co, wg Apple, jest taką samą zbrodnią jak kupno peceta z Leopardem.

To jest dokładnie tak, jak w książkach G. Orwella.  Wielkie koncerny będą tylko wtedy zwyciężać, jeśli uda się im w społeczeństwie zaszczepiać strach. Są  za jednym kliknięciem myszki do nabycia już oficjalnie składaki z Mac OSX w takich firmach jak Psystar, Apple Open Systems, w Europie - w niemieckim PearC wraz z dostawą do Polski. W najgorszym wypadku, i tak to firmy, które handlują klonami Apple biorą na siebie odpowiedzialność, nie wy. Think different.

PS. Porównałem ceny komputerów dostępnych w PearC.de z preinstalowanym OSX Leopard 10.5  i ceny podobnej klasy pecetów do kupienia na terenie Polski z preinstalowanym systemem Windows Vista Premium. Ceny PearC są zbliżone do polskich, lub nawet niższe.

Internetowe Dzienniki Biegowe
sobota, 22 sierpnia 2009
Odetkać twardziela pod Leopardem

Przez ostatni tydzień parokrotnie podchodziłem do blogowego pisania, ale za każdym razem mówię sobie „nie”, daję po łapach  i odpuszczam. Wakacje to wakacje. Minął tydzień od koncertu Madonny w Warszawie, a ja ciągle podśpiewuję jej piosenki. Jak mi mało do szczęścia potrzeba. Wystarczy porządna komercha. Wałęsa jeździł do papieża ładować akumulatory, a ja ładuję swoje bateryjki na koncercie Madonny. Ten typ tak ma i już. Ciekawe, czy gdybym zamieszkał w NYC, to bym wszystkie pieniądze przepuszczał na TAKIE koncerty, czy też by mi szybko przeszło?

Przerywam milczenie  w dwóch sprawach. Po pierwsze, aby przypomnieć, że wkrótce znowu zacznę na blogu pisać, i jak to krzyknęła Madonna na koniec piosenki "Give it to me" -> - No one's gonna stop me!

...Po drugie, i to ważniejsze,  parę słów o genialnym programie na Mac OSX Daisy Disk
 
Dyski mają to do siebie, że się w końcu zapychają i zaczyna brakować na nich miejsca.  Finder nie jest pomysłem, który by mi pomagał w sprawnym zarządzaniu zawartością kilkuset gigabajtów danych.  Nadszedł ratunek. W skrócie – program wizualizuje zawartość twardzieli. Robi to tak genialnie, że w mig widzicie, co można z dysku usunąć, gdzie znajdują się podejrzanie wielkie pliki, lub katalogi.  Pomimo, że systemy unixo-pochodne nie pozostawiają po deinstalacjach tylu śmieci, co Windows, to jednak z czasem  dyski się zapychają i pod Leopardem.
Daisy Disk analizuje partycje i wyświetla przejrzyście, co, w jakich katalogach i ile zajmuje miejsca. Program shareware jest płatny (~$20), ale przez 15 dni działa w trybie Trial. Można więc go użyć  i wszystko z wypasionym Maczkiem zrobić za free.  Ja w ten sposób odzyskałem koło 10GB miejsca. Zaoszczędzę więc również miejsca na kopiach systemu Leoparda w TimeMachine, które teraz będą sięgać dalej w przeszłość.

To tyle, a na deser piosenka Madonny i obrazek, który ma się nijak do treści tej notki i piosenki, ale go wklejam, bo mi się zagubi.
Do miłego!

PS. Dziękuję mojemu dziecięciu za info o ww programie. :)






Internetowe Dzienniki Biegowe
czwartek, 30 lipca 2009
Lepszy świat

...Lepszy - nie lepszy, ale z pewnością fajniejszy i ładniejszy. Zdjęcia dobierałem nieprzypadkowo.  Nie zawsze dominantą na zdjęciu jest Apple. Świat, który mi się zdecydowanie podoba :)





































Zdjęcia: Flickr

Internetowe Dzienniki Biegowe
wtorek, 28 lipca 2009
Windows 7 – system z latającymi kuleczkami



FIRST LOOK: Miał być artykuł z tezą: - Nie kupujecie Windows 7, bo jest on zbyteczny i w zupełności wystarczy Vista. Nie pogrywajcie w kulki.
Po niedawnej awarii dysku miałem świeży backup systemu na jakiejś awaryjnej partycji, postanowiłem więc zrobić upgrade systemu z Visty do Windows 7, i opowiedzieć o wrażeniach. Czy warto? Chciałem napisać, że nie.

Zaczęło się "normalnie" - czyli niefajnie. Windows 7 kategorycznie stwierdził, że „nie da się” zrobić upgrade z mojej Visty do nowego systemu i basta. Nie taki język, i nie takie aplikacje. Wal się, reinstaluj wszystkie programy, ustawienia, i instaluj czystą Siódemkę oświadczył mi Microsoft.
W tym miejscu zakończyłaby się przygoda z Windows Seven  w wersji przyjaznej dla większości z was.

Po paru zmianach w konfiguracji Visty, oraz odinstalowaniu programów, które się Microsoftowi nie spodobały (software do czytnika linii papilarnych Omnipass, Superantispyware, oraz iTunes (tego inaczej niż złośliwością wobec Apple nazwać nie umiem) proces upgrade raczył się uruchomić. Microsoft nadal wymaga do upgrade sporo wolnego miejsca na dysku Windows. W wypadku Siódemki jest to prawie 10GB wolnego miejsca.

Upgrade trwał ...bite 3 godziny.

W międzyczasie komputer się 4-5 razy restartował, a na ekranie bootowania, zamiast sztywnej grafiki, pojawiły się na czarnym tle  animowane kuleczki. Na koniec, w pedalskiej kolorystyce, obrazek logowania z ptaszkiem i gałązką. Whoaaaa! ;)

Włączając przed upgrade zabawę z odinstalowywaniem „trefnych” według Microsoftu aplikacji oraz podchodami, co zrobić, żeby  jednak upgrade dało się przeprowadzić - cały proces zajął 5 GODZIN.
Jeśli to ma być „przyjazne dla użytkownika”, to ja jestem ksiądz biskup.

Ironia nie odnosi się do paru godzin upgrade, a problemu, którego autorem jest sam Microsoft. Koncern ten cierpi na piracką paranoję i powymyślał lata temu dziesiątki typów licencji i wersji systemów, które za często nie chcą ze sobą „grać”. Upgrade z jednej wersji do innej notorycznie bywa  niemożliwy. A jeśli możliwy, to pojawiają się kłopoty z wersjami języka systemu, lokalizacjami. No i , co za tym idzie, rzekomą legalnością upgrade. Ten koszmar trwa od dziesięcioleci - od początku lat dziewięćdziesiątych. Już wtedy były problemy z upgrade Win 3.1 do 3.11 (wersja z obsługą sieci LAN).

Te problemy są do pokonania, „dla chcącego nie ma nic trudnego”. Ja umiem sobie z takimi kłodami Microsoftu radzić, ale też umiem odrobinę więcej od przeciętnego klienta Mediamarktu w sandałach i skarpetkach, z pederastką i wąsami. To pod nich Microsoft produkuje swoje zabawki, nie pode mnie. Nie mogę też oprzeć się pokusie, aby nie wspomnieć o prostocie transferów programów i ustawień pod Mac OSX Leopard. Pod OSX w parę godzin mógłbym zrobić 10 klonów systemu wraz oprogramowaniem, bez irytujących pytań o kompatybilność, wersję systemu, licencje oraz język użytkownika. Pod OSX włączasz i działa. Pod Windows 7 włączasz i płaczesz.

Wszystkie sterowniki do hardware działają. Nie działa mi pod Windows 7 program czytnika linii papilarnych, chociaż sam czytnik system rozpoznał. Program się nie spodobał. W każdym razie czytnik na razie jest out of order.
Czas bootowania przy 2GB RAM zbliżony do tego z Visty. Później pojawiają się pozytywy. Vista po zalogowaniu strasznie długo ładowała do pamięci sterowniki i programy. Pod Windows 7 dzieje się to znacznie szybciej, chociaż nie tak szybko jak pod XP.
Znacząco Windows 7 obniżył zapotrzebowanie na pamięć RAM.  Pod Vistą przy włączonych aplikacjach (Firefox, Office, etc) było to przy 2GB RAM w okolicach 1.7GB. Pod Windows 7 wykorzystanie pamięci przy podobnym obciążeniu oscyluje wokół 1GB RAM. Różnica zauważalna, chociaż przy obecnych, stosunkowo niskich cenach pamięci to musztarda po obiedzie.

Poprawiono interfejs. Windows 7 stał się zdecydowanie bardziej intuicyjny. Łatwiej i sensowniej przegląda się teraz pliki multimedialne. Usunięto w Explorerze masę upierdliwych rubryk pozostawiając te najważniejsze: data, typ pliku, data modyfikacji, rozmiar.  Te inne są nadal, ale nie są domyślnie włączone, co powodowało potworny burdel w Viście.

Przyśpieszyły zauważalnie wszelkie rozwiązania sieciowe. Poczynając od konfiguracji Wifi, poprzez prędkość transferów plików. Wrażenie jest takie, jakby w Viście wiecznie wszystko było pozatykane. To się pod Windows 7 zmieniło na lepsze. I system działa szybciej, i połączenia w sieci też. I aplikacje szybciej się ładują. Brawo.

W efekcie wieloletniej kampanii pożytecznych idiotów (linuksiarzy) nowy Windows 7 dostaniecie bez wydajnego narzędzia do edycji domowych filmów Windows Movie Maker 2.6, oraz bez klienta e-mail (Windows Mail). W niektórych wersjach systemu nie dostaniecie też browsera IE8. Internet Explorera można odżałować, bo przeglądarka jest od paru lat trupem. Inne programy będziecie musieli sobie samodzielnie pobrać z internetu i zainstalować. Zwycięstwo krzykliwych w sieci linuksiarzy polega więc na tym, że uprzykrzyli życie na 30 minut użytkownikom Windows. Microsoft poniesione koszty procesowe w potyczkach z UE odbije sobie na cenie, która w Europie za Windows 7 będzie wyższa od ceny w USA od kilkunastu to kilkudziesięciu procent.
"Wolność wyboru"?  Dalej będę używać Windows Movie Maker’a. Warte to było lat  awantur w sądach Unii Europejskiej? Takie porównanie - jeśli dotychczas Microsoft dostarczał lepsze lub gorsze samochody, to teraz  dzięki linuksiarskiemu lobby lewaków spod znaku "Open source" dostaniecie niezły samochód bez foteli. Musicie je zamówić sobie osobno. Żałosne.

A jak z grami pod Windows 7? Nie mam pojęcia. Pod Vistą śmigają, więc i pod Windows 7 będą, bo Siódemka to nieźle podrasowana Vista.
Możliwości ekranów dotykowych? Są, ale to pieśń przyszłości. Bez jaj. Przez najbliższe 5 lat i tak nie będziecie ich używać w komputerach, no chyba że w charakterze kasjerki w markecie.


Podsumowanie.

Czy warto przesiadać się na Windows 7?  Cena systemu (tradycyjnie) odstrasza.  Nie jest to system przełomowy, nie ma tu rewolucji. Nadal też pojawiają się narzędzia, z którymi nie bardzo wiadomo co robić. Na przykład opcja formatu dysków w exFAT.
Windows 7 jest bardziej wydajny od Visty. Na oko 25-30%. Dlatego też od października 2009 (premiera systemu) wróżę szybką śmierć Visty w nowych komputerach z preinstalowanym systemem. Odradzam od dziś  jakichkolwiek zakupów komputerów z Vistą i radzę poczekać na szybszy, wydajniejszy Windows 7.

Warto moją radę zapamiętać, bo spece od marketingu będą robić przez następny rok wiele, aby pozbyć się Visty zalegającej magazyny i będą zaklinać się, że to, co piszę jest bzdurą.

A upgrade? Z XP? Tak [chociaż uprzedzam - będzie działać  od XP wolniej (inne gabaryty)]. Upgrade z Visty? Nie warto.  Kupować Seven za paręset dolarów tylko dlatego, że jest nowy? Po pierwsze, w porównaniu z Vistą, Seven to prawie goły system.
Po drugie, nie jest to Mac OSX Leopard, i nie da się go traktować w kategoriach Apple, że jest „fajny i przyjazny” [w wypadku Leoparda to prawda].

Windows w porównaniu do OSX nadal przyjazny nie jest, chociaż Microsoft się stara, żeby  stał się przyjazny i te starania w Windows 7 widać.

Update: 6.08.2009
Jestem bardzo mile zaskoczony - oglądałem Seven na starym laptopie z Caleronem 1500Mhz, zintegrowaną kartą Intela 915 i i 512MB RAM. Windows 7 śmiga nie wolniej, niż pod XP. Nie uwierzyłbym, gdybym nie zobaczył.


Internetowe Dzienniki Biegowe
niedziela, 19 lipca 2009
Grzeje, to i padło.




Web site is temporarily down. We apologize for any inconvenience. Bla, bla, bla....
Nie wiem, czy to jedynie specyfika parametrów hardware sprzedawanych na polski rynek, czy szersza tendencja. Nie wnikam,  bo szkoda czasu mi na takie dywagacje. Gwarancji już nie ma, a nawet gdyby były, to są tak pomyślane, aby mi nikt grosza nie zwrócił. Zasada "Screw you" działa.
W każdym razie 30C w cieniu przez 2 dni = jeden monitor LCD + 1 HDD na śmietnik. Bardzo zabawne.

PS. Skoro już o komputerach. W życiu nie widziałem równie upierdliwego przy konwersjach plików audio i video systemu/oprogramowania, jak Mac OSX. To, co pod Windows robi się błyskawicznie, pod OSX jest torturą. Taka uwaga w ramach odczarowywania produktów Apple.

Internetowe Dzienniki Biegowe
niedziela, 28 czerwca 2009
0xc000000e - brzmi dumnie! xD

System operacyjny powinien być tak pomyślany, aby umiał go używać każdy. Czasem jednak przyda się odrobina innej wiedzy od tej, która płynie z witryn RedTube, Gadu-Gadu i Pudelek oraz gier Sims, czy GTA.

Komfort pracy z Windows zmienił się na lepsze. Microsoft poprawił funkcjonalność narzędzi, którymi można sobie pomóc w przypadku awarii systemu. Były one dostępne od czasów W2K, ale niewielu wiedziało jak je odszukać i i jak z nich korzystać (konsola).
Awarie zdarzają się. Chwilowy brak zasilania na przykład. Twardy dysk wariuje i Windows nie ma ochoty się więcej uruchomić.
..Od czasu Windows Vista, wystarczy włączyć płytkę instalacyjną i użyć z pomocą graficznego interfejsu, funkcji restore/repair. Czasem jednak i to nie pomaga. Niektórzy panikują, inni pomstują na Microsoft, a jeszcze inni – o czym często czytam w internecie, bezmyślnie robią tzw. „formata”.

Ja proponuję, jeśli spotka was przykra niespodzianka ze strony Windows - wziąć głęboki oddech, przekląć, wygłosić formułkę Erica Cartmana "Screw you" i samodzielnie naprawić usterkę.

Zadzwoniła znajoma. Miała głos, jakby jej ktoś nie dał z rana działki koki. Powód? Notebook „się zepsuł”.

- ...no i wiesz, wieczorem wszystko działało, och, mój wypasiony Vaio! – trajkotała - Co za gówno! A ja, idiotka, zapłaciłam za niego pięć koła! Już ja w poniedziałek zje*ie tych psich synów, którzy mi taki shit sprzedali. Miesiąc, i komputer szlag trafił.  A ja tam i pocztę miałam, i zdjęcia, pasjansa, i gadu.
- Ekhe, zwłaszcza tego gadu żal... Co pokazuje komputer?
- Włączam, i nic.
- Nic?
- Jakiś „error”.
- Jaki error?
- Jakieś numerki po angielsku.
- A możesz mi przeczytać te numerki?

- File: \Windows\system32\winload.exe
Status: 0xc000000e
info: the selected entry could not be loaded because the application is missing or corrupt

- Masz płytkę instalacyjną Visty?
- Mam.
- Włóż i włącz.

(po chwili)

- Mam zainstalować na nowo Windowsa????
- Nie, powiedz mu, żeby się sam naprawił [repair], a potem włącz mu opcję „startup repair”.

(po chwili)

...- Mówi, że nie umie. :]
- Ok, włącz na dole menu opcję „command prompt” i w czarnym okienku wpisuj kolejno wciskając po każdej linii klawisz enter:

Diskpart
select disk 0
select partition 1
active
exit
bootrec /rebuildbcd

Zadziałało. Problem z systemem rozruchowym Windowsa. Ten nowy, spod Visty, jest w zasadzie idiotoodporny. Zdarza się jednak, że coś i w nim się popsuje i nie daje się usterki usunąć „z automata”. Z opisanym błędem spotykałem się parokrotnie, stanowczo zbyt często. Przyczyną bywają eksperymenty z innymi bootloaderami, jednak – nie zawsze. Czasem nieprawidłowe zamknięcie systemu, innym razem możliwy defekt fizyczny dysku, a nawet (!) instalacja niektórych updatów samego  Microsoftu [.NET Framework 3.5].
Może winowajcą okazać się wirus, ale jak pisałem, wirusów pod Windowsem dostają imbecyle, którzy klikają bezmyślnie w co popadnie. Dla tych ratunku  nie ma. Na wszelki wypadek opisałem krótko walkthrough, jak z opisanej opresji się wykaraskać.

Komentarz? Szczerze? Tutaj ;)



Z muzyczki dziś Electric Light Orchestra i "Confusion". Fajny kawałek.

 
Internetowe Dzienniki Biegowe
sobota, 27 czerwca 2009
Na maczkowym polu...

...Posługując się cennikiem sprzed 15 lat, wartość kości pamięci mojego Mac’a to ponad pół MILIONA złotych.  Czasy, gdy 1MB kosztował ponad 100 złotych nie są wcale odległe.

O ile Windows jest dość tolerancyjny dla RAM, to OSX – wcale. - Don’t mess with RAM! Dołożyłem trochę pamięci do Mac’a. Oczywiście, nie kupiłem jej w autoryzowanym sklepie Apple, a od jakiegoś dziadka w punkcie naprawczym pecetów. Różnica w cenie – 120%. Zakładam pamięć, włączam maszynę, OSX wariuje. Jakby krzyczał: - Ała, coś mi wpakował do brzucha? Nie rozumiem! Nie rozumiem!

Musiałem ręcznie wpisać w system specyfikację kości pamięci. OSX odetchnął, zrozumiał, i zaczął pięknie oddychać.
Strzelam, że wstawiając do Apple kość pamięci ze sklepu dla pecetów, i ręcznie coś dopisując do systemu dokonałem według koncernu z Cupertino zbrodni, za którą powinienem resztę życia gnić w lochu.

Przygody treningowe z Linuksem pozwoliły mi zrozumieć lepiej frustrację linuksiarzy, gdy  pod Windowsem są bezradni jak tabaka w rogu. Tymczasem w systemach unixo-pochodnych można w teorii wszystko pozmieniać.

OSX, to intuicyjna integracja z formatem PDF. Jako windowsowiec, za PDF nie przepadałem. PDF wpędzał mnie w kompleks niższości. Prosiłem o projekt katalogu do akceptacji, dostawałem go w PDF. Gdy próbowałem coś z pliku wyłuskać, totalnie się sypał. Ekstrakcja fotografii, to był najmniejszy problem. Były mniej i bardziej legalne narzędzia, dzięki którym można było sobie poradzić. Koszmarem stawało się kopiowanie tekstu. Polskie znaki diakrytyczne zamieniały się w krzaczki niezależnie od kodowania.
Próbowałem różnych patentów, z podobnym efektem:  od początku do końca  tekst ponownie wklepywałem do komputera. Nigdy się do tego nikomu nie przyznałem. Miałem dumę faceta, dla którego w świecie informatyki nie ma opcji „nie da się”. Cena bywała wysoka, a metody radzenia sobie z problemem, czasem infantylne.

Nie byłem jedynym, który PDF nie lubił. Większość użytkowników Windows podchodziła do formatu nieufnie. Problemem MS Office latami było to, że pani Ziuta tworzyła dokument, który u pana Zbyszka w komputerze wyglądał zupełnie inaczej, a u pani Kasi na drukarce całą mozolną pracę formatowania dokumentu szlag trafiał. Marginesy nie takie, czcionki nie takie, akapity nie takie, a obrazki zupełnie nie w tych miejscach, w których były pierwotnie. Koszmar.  Co się działo w firmach, które ze skąpstwa instalowały Open Office – nie wspomnę. Pazerność nie popłaca.

Słyszałem: - Używasz złych fontów! Pisz w Times New Roman!  Nie cuduj! Nie potrzeba nam innowacji!
Pokolenie mojego dziecka traktuje świat komputerów organicznie.  Z moim pokoleniem jest beznadzieja. Ludzie potrafią to, czego ich nauczyli na szkoleniach, a na szkoleniach uczą ich mało i źle. Później spotykam magików, którzy się ze mną kłócą, że dostali pliki w RAR, a mają  program 7z i nie mogą pliku rozpakować, że to „brak profesjonalizmu”. Zaiste :D

Próbowałem wdrożyć  obieg gotowych dokumentów w PDF. Efekt? Panika.
- Bój się Boga! Co to za format !? Tego nie da się w Wordzie poprawić!
Gdy po paru miesiącach pracy analitycznej dla jakichś ważnych urzędników przygotowałem raport w maczkowym PowerPoint, wersję do druku zapisałem w PDF. Usłyszałem, że mam dokumenty zapisywać w starej wersji PowerPoint. W efekcie coś, co wyglądało od strony graficznej bardzo porządnie, w wersji, którą wręczyłem kontrahentom, wyglądało jak przygotowane po pijaku w Paincie.
Liczą się merytoria, nie opakowanie? Prawda, ale sami powiedzcie, wolicie dostać pierścionek zaręczynowy w ładnym, fikuśnym pudełeczku z kokardką, czy zawinięty w tłustą gazetę i wyjęty z brudnej kieszeni?

PowerPoint, to także temat na inne rozważania. Używa się tego programu bez sensu. Można tysiąc spraw szybko rozrysować na tablicy. Ale nie, teraz trzeba robić prezentacje w PowerPoint. Wykazać, że byłeś na kursie obsługi komputera. W remizie. Nie w remizie? Co za różnica, skoro i z dyplomem niczego nie umiesz!
To paradoks podobny do tych z samochodami. Wiecie, że średnia prędkość jazdy autem po Londynie jest taka sama jak 100 lat temu? A czy szybciej pracujecie dzięki komputerom? Nie? No właśnie. Iluzja.

Windows, to jazda zatłoczonym autobusem. Może być czasem niewygodnie, ktoś ci zwymiotuje na plecy, ale się jedzie. OSX Apple, jest pomyślany jako system  komfortowy. Brakuje mi w nim możliwości „rzygania na plecy”.
Nabawiłem się patologicznej przypadłości – irytuje mnie, gdy nic się nie psuje. OSX Leopard od wielu dni działa, aplikacje włączam, wyłączam, procesor nie szaleje, booooring.

Windows, nawet w wersji gołej, po tygodniu zaczyna mulić, i nic się z tym zrobić nie da. Dla świętego spokoju, chociaż raz na tydzień wypada zrestartować. To nie boli, bo i tak po instalacji czegokolwiek system domaga się  rebootu.  Można się przyzwyczaić. W OSX jest przeciwnie. Tak właśnie powinien działać solidny system operacyjny wraz z oprogramowaniem. Niezawodnie. A ja narzekam, freak jeden...

Internetowe Dzienniki Biegowe
środa, 24 czerwca 2009
Pisane w locie w samolocie

...Dziś krótko, bo mnie nie ma.

1.    Już rozumiem pojękiwania linuksiarzy odnośnie DRM. Pod Windowsem, machałem ręką i wołałem „- Who cares?” 
W skrócie, w Windows  ŻĄDNE zabezpieczenia nie działają i tak. A pod Mac OSX – niestety. Zachciało mi się włączyć strumień audio TVN24 i otrzymałem komunikat, o zabezpieczeniach DRM, że mam nie taki system i niczego nie posłucham. Bez łaski.

Konwersja plików audio i video pod Windowsem jest igraszką w porównaniu do przygód z OSX. Pod Windows, jest masa wygodnych i zazwyczaj darmowych narzędzi. Pod OSX są 3 programy na krzyż. Płatne, i średnio wygodne. Quick Time nie jest wyjątkiem, jest na czele czarnej listy.

2.     Niektóre firmy, podobnie jak i ludzie, mogą być genialni, ale świat tego nie doceni.

Była kiedyś firma VocalTech. Wraz z IBM wyprzedzili epokę i zrobili 15 lat temu coś na kształt dzisiejszego Skype pod nazwą iPhone (nie, tej nazwy banajmniej nie wymyślił Steve Jobs!). Za wcześnie.

Była kiedyś firma Gravis. Produkowała najlepsze karty muzyczne na świecie. Ale nikt z producentów systemów operacyjnych za nimi nie przepadał. Ani Apple, ani IBM z OS2, ani Microsoft. Z niewiadomych względów pokochano produkty Creative Labs, dowalając za nie ceny z księżyca.

Teraz jest inna firma – Pinnacle Systems, która robi niezłe karty video.  Znów zmowa. Nie lubi ich ani Microsoft, ani Apple.  Do niedawna praca z urządzeniami Pinnacle pod Windowsem, to była zabawa w to, kiedy sterownik zamrozi system na amen. Apple po cichu zaczął dopuszczać produkty Pinnacle do koryta, lecz na dziwnych zasadach. Po pierwsze kart, tunerów TV dla OSX w sklepach z Apple w Polsce [prawie] nie ma (przed chwilą sprawdzałem). Po drugie, jeśli już trafi się np USB TV Stick, kosztuje zamiast 200, to 600 złotych, chociaż jeden od drugiego różni ino kolorem i napisem na pudełku. W środku urządzenia jest dokładnie to samo.

Autoryzowane sklepy Apple sprzedają tunery telewizyjne za cenę, uwaga, od 800 do 1800 złotych. Cena wymyślona w pijanym widzie, bądź wręcz wprost przeciwnie. Skoro sklepy Apple nie plajtują, kto to gówno od nich kupuje? Odpowiedź wykasowałem.

3.    Wyłączcie w swoich Mac’ach, dobrze radzę,  poronione pomysły Mozilli w Firefoxie  oraz Apple w Preferencjach Systemowych pod nazwą płynne/automatyczne przewijanie. Zamulają system!

4.    Zapoznałem się bliżej z programem monopolisty na rynku software for Mac w segmencie profilowanym do odbioru telewizji, Elgato EyeTV 3.  Szczęka mi opadła.  Oprogramowanie zdecydowanie warte swojej ceny 80 euro (cena online u producenta). To, co widziałem dotąd pod Windowsem się chowa, a Windows Media Center to jakaś parodia. Najwyraźniej są wyjątki, gdy monopol popłaca.

Elgato nie stworzyło niczego rewolucyjnego. wypuściło na rynek  program, który działa jak błyskawica, jest bardzo intuicyjny i, jak inne komponenty Mac OS, wyjątkowo ładnie się prezentuje. Czegoż trzeba więcej? 

5.    Steve Jobs miał przeszczep wątroby. Zdrowia życzę.



A! Bym zapomniał. Wczoraj coś mi tu się zbyt nostalgicznie porobiło. Efteling, to nie tylko wzruszenia, ale przede wszystkim radocha. I dlatego dziś będzie z Efteling optymistycznie, muzyczka z Indische Waterlelies :)



Internetowe Dzienniki Biegowe
poniedziałek, 22 czerwca 2009
Czerwcowego poniedziałku, rano ...

..Niniejszym składam samokrytykę, jak na zebraniu Komsomołu. Zamiast biegać, to czas wolny poświęcam na tweakowanie Mac’a.  Jeśli się nie wezmę w garść, będzie skucha.

Dawniej bawił mnie tunning Windowsów. Wczoraj znów reanimowałem komputer teściowej.
Robiłem z rzęchów torpedy. A teraz robię to samo z Mac OSX. Udaje się i jestem bardzo zadowolony. Cymes to hardware oraz, aby go nie kupować bezpośrednio w Apple Stores i pochodnych. Wtedy cała zabawa traci blask. Nawet gdybym miał luźne 10 tysięcy złotych na pachnącego Maczka z salonu, wolałbym pieniądze dać biednym, niż wydawać nie wiadomo po co. Jeśli się poprzegląda oferty e-Bay i ruszy głową, wtedy dopiero jest fun.

Chłonę wiedzę jak gąbka. 2 lata temu o systemach uniksowych wiedziałem tyle, co przedszkolak. Chociaż, kierując się dedukcją, LAN dla Macintoshy moja firma zakładała i 15 lat temu. Miałem jednak wyrozumiałych klientów, wtedy Maczki były dla artystów - grafików i muzyków, a z tymi żyję w symbiozie.

Dzisiejsze olśnienie: jak włączyć indeksowanie Spotlight na partycjach NTFS. Niby się nie da. Akurat. Pewnie, że się da!

sudo mdutil -i on /Volumes/nazwa HD

Korzystanie z indexingu to pod Maczkiem frajda, a pod Windowsem katorga. Dlatego w każdej wersji Windy ją wyłączam. W Mac OS usługa Spotlight wygląda tak, że komputer się zachowuje, jakby miał wszystko załadowane do pamięci. Jeśli nie pastwisz się nad gigantycznym plikiem graficznym, komputer zachowuje się jak zapalona lampka nocna.
OSX ma ciekawą cechę, której Windows nigdy nie posiadł. Nie ma po co go wyłączać. Odpalacie komputer, i jeśli czegoś nie popsujecie, działa miesiącami. Prąd? Maczki, gdy się ich nie używa, przysypiają, i budzą się na rozkaz. Kawy nie podają. Jeszcze.

Z gmeraniem w systemach komputerowych jest podobnie, jak w XX wieku z samochodami. Pokolenie naszych ojców i dziadków uwielbiało pod nimi leżeć i majstrować. Cel podobny -  osiągnąć niskim kosztem pozornie niemożliwe, poszukać rozwiązania problemu w teorii nie do przeskoczenia i rozwiązać zagadkę.
Dzięki widgetowi Mac'a DashboardTV, mam telewizję, za którą nie muszę nikomu bulić. Brakuje mi tylko zwierzątek z NG i Discovery Channel w amerykańskich odmianach tych kanałów. Filmy przyrodnicze działają, jak balsam. Poza tym, iTunes,  amerykańskie i holenderskie radio. O tak, jestem jednym z najlepiej poinformowanych Polaków na temat długości korków na holenderskich autostradach. Haha!

Odkryłem fajny programik pod OSX - Little Snitch. Do zarządzania i monitoringu połączeń Mac’a z siecią. Pomysł nie nowy, za to ładny i intuicyjny GUI. Informacje, którą program udostępnia mogą stać się przyczyną qui pro quo. Odezwała się do mnie na Skype znajoma, która parę lat temu wyjechała za chlebem do Londynu. Opowiadała, jak się jej tam świetnie powodzi, i że od 3 lat nie była w Polsce. A ja widzę na Snitchu, że łączy się Skype z IP z rodzinnego miasteczka na południu Polski.
Cóż, jak mawiał Bareja: „- Londyn? Nie ma takiego miasta - Londyn! Jest tylko Lądek Zdrój!” :D

Czas się powoli pożegnać. Nie z wami – tak dobrze, to nie ma. Z Windowsem, z którym przeżyłem pół życia... :(

A do snu ukołysze, lub jak kto woli, przywita z wami dzień, Laura Pausini, którą grają do znudzenia holenderskie rozgłośnie dla ramoli. Do piosenki macie tekst, możecie sobie z Pausini zaśpiewać. Byle nie za głośno! ;)


Internetowe Dzienniki Biegowe
piątek, 19 czerwca 2009
Co mnie w Apple wkurza?

Mac dla ubogich :]Do skrzynki wpadł mail od Czytelnika, w którym wyzwał mnie od neofitów, zarzucił brak konsekwencji i używanie podwójnych standardów. Przejechał się po mnie, że jeżdżę po grubasach, szydzę, naśmiewam się, zacząłem wielbić (?) koncern Apple, a w ogóle to jestem zero, burak, powinni mi tego bloga zamknąć, nakopać, zapakować do pudła wysłać do Korei Północnej.
Odpowiadać nie będę, ponieważ już nie raz odpowiadałem, i było jak  grochem o ścianę: pop swoje, czort swoje. 
Odniosę się jednak do Apple, bo faktycznie może wyglądać tak, że mi odbiło.

Steve Jobs to geniusz marketingu. Gdyby nie został szefem Apple, a przywódcą Korei Północnej lub generałem rumuńskiej Securitate, też by go świat pokochał. Jest genialnym sprzedawcą i fenomenalnym psychologiem, który bezbłędnie potrafi wyczuć, czego współczesny człowiek pragnie. Z tych względów, czuję do niego respekt.

Porzuciłem Microsoft dla Apple nie dla gadżetów, a dlatego, że Microsoft i Windows mnie zmęczył. Tak, jak w życiu, do pewnego momentu bawią libacje i zabawa do białego rana w knajpach i hotelach, a któregoś dnia stwierdzacie, że macie ochotę na święty spokój, mały domek na wsi, i od teraz chcecie się gapić w ciszy na wschody słońca. Taka jest obrazowo różnica pomiędzy Windowsem, a Apple OSX.

Niszowość Apple OSX jest jego zaletą i wadą. Zaletą, ponieważ z powodu polityki koncernu komputery Apple mają mocno limitowany hardware, i dzięki temu uniknięto największego dramatu Windowsa – problemu kompatybilności. Od czasów MS DOS, pomimo usprawnień, wynalezienia Plug&Play oraz WHQL, grzech chciwości Microsoftu ciągnie się za Windowsem, którego system właśnie z tego powodu rozrósł się do gigantycznych rozmiarów, aby – cokolwiek podłączysz – [w teorii] działało. Jednak nawet rozgraniczenie systemu od oprogramowania, jak to ma miejsce w Windowsie od czasu wdrożenia linii NT, nie stało się panaceum, stąd „blue screen’y”  i „zwiechy windy”. 


Apple tego uniknął, od początku nie dopuszczał do swoich komputerów każdego chętnego wytwórcy elektroniki. Do czasu, gdy Apple zdecydował się na wykorzystanie w komputerach tych samych procesorów Intela, co Windows, astronomiczne ceny Apple były z bólem akceptowalne. Płaciło się za jakość. Teraz jednak się pozmieniało i inaczej, niż pazernością, polityki cenowej Apple nazwać nie potrafię.

MSI i AppleO co się rozchodzi? Głównie o ceny komponentów hardware, których cena w zależności, czy jest w pudełku z napisem „Windows” lub „OSX” różni się często nawet o 300%! Szkopuł w tym, że poza nazwą, obie – na przykład – karty graficzne, kości pamięci RAM, czy tunery TV nie różnią się dokładnie NICZYM. W wypadku kart graficznych, w najgorszym wypadku wystarczy podmienić odpowiedni kext, albo ręcznie dodać model karty (ID Device) do plików konfiguracyjnych systemu. Recz jasna - stając się według obowiązującego dziś prawa - przestępcą!
Apple  twierdzi, że to łamanie licencji. Pytanie, czy rozbój w biały dzień, za który uważam sprzedawanie tego samego towaru wartego €150 (for Windows Vista) za cenę €350 (for Mac OSX Universal) jest w porządku? 

Zarobić na interesie 20-30%, to dobry biznes. Ale latami, windować ceny o kilkaset procent w majestacie prawa? Coś tu nie gra.
Nie tylko ja to zauważyłem. Zauważyło problem mnóstwo pasjonatów Mac OSX spod znaku OSX86, którzy postanowili samodzielnie wprowadzić  OSX pod strzechy łamiąc zabezpieczenia  Apple i sprawiając, że OSX Leopard można dziś zainstalować praktycznie na każdym windowsowym pececie. Słynny plik systemowy DontStealMacOSX.kext koncernu Apple zamienił się we własną parodię. Żeby było zabawniej, są już producenci notebooków (eg MSI z X320 (vide zdjęcie obok), których produkty pod względem budowy nie różnią się od oryginalnych MacBook Air, poza logo na obudowie, prawie niczym - oczywiście poza ceną. MSI X320 z systemem kosztuje ok. 3.000zł,  a Macbook Air w polskim iSpocie kosztuje, bagatela, od 6.000 do 8.500zł. 

Deja vu? Firma MSI robi laptopy "ready for OSX", oczywiście się do tego nie przyznając. Tylko oko do klienta puszcza. Dokładnie tak samo robili kiedyś producenci nagrywarek DVD oraz odtwarzaczy DivX. Bo one są nie do kopiowania pirackich filmów, a do wypalania 100 kopii nagrania szwagra z  chrzcin bratanka. Prawda?  Tak, jak kiedyś było z piwem bezalkoholowym, a teraz jest z marihuaną. Jest be. I nikt jej nie pali! Ha, ha, ha. :]

Czy istnieje przekonujące uzasadnienie, abstrahując od aspektów prawnych, żeby za logo dopłacać ponad 100% wartości produktu?
Apple walczy, tupie, ciąga po sądach tych, którzy próbują na większą skalę torpedować politykę ekskluzywności komputerów Apple (casus Psystar’a). Wojna prawników zapowiada się na długą i krwawą. Chodzi o setki milionów dolarów zysków Apple, z których ten ostatni nie ma chęci zrezygnować.
Prawa wolnego rynku są stałe. Jak się jest za bardzo chciwym, kiedyś dostaje się za to w tyłek. Apple ma świadomość, że przy boomie na produkty koncernu spowodowanym sukcesem iPhone nie da się wiecznie windować cen do góry. Symptomatyczne są dla mnie puste salony polskich dystrybutorów Apple, do których za sprawą zaporowych cen sprzętu chadzają drukarze, graficy, muzycy, snoby oraz młodzież z rodzin sporo lepiej sytuowanych materialnie od przeciętnej. Nie jest winą Cortlandu czy iSpot’ów, że mają taką ofertę, jaką mają. Winny jest Apple i jego cyniczny marketing. 
Machniom? Chcecie nowego iPhona 3g S, tak z czapy, w sklepie, bez katorżniczej umowy? Cena wymarzonego gadżetu to jedynie koło 3000 złotych.

Nie mam obiekcji, że dobry towar (a takie są produkty Apple) powinien odpowiednio kosztować. Chodzi o to, że Apple od lat przegina. To nie są ceny wyższe o 20-30%, a jak w wypadku MacBook Air - o GRUBO ponad STO procent!
Nie namawiam do altruizmu, każda firma powinna przynosić zysk. Lecz to, co uprawia Apple – pod względem cen – to rozbój. Miliony klientów. By kupili komputery, telefony i inne zabawki Apple, gdyby ich było na to stać... 



A do posłuchania? Facet, którego lubię - z kraju, który bardzo lubię: 
Marco Borsato - "Zij". Popatrzcie, jakie miłe pyszczki maja ci Holendrzy! :)



Internetowe Dzienniki Biegowe
środa, 17 czerwca 2009
Mac Mini 4U


Mac Mini fot.1Prawie cała moja rodzina przesiadła się już z Windowsów na Macintoshe z OSX Leopard.  Na dłużą metę, chyba tylko ja pozostanę czarną owcą z dwoma oesami. Gdyby mi ktoś dał po mordzie, zabrał Windowsa i wręczył nowego MacBooka Pro z OSX, pewnie bym przełknął życie bez Windowsa, a tak, chyba głównym powodem mojego trwania w pobliżu systemów Microsoftu jest siła przyzwyczajenia, czyli coś kompletnie irracjonalnego.
 
Odwiedziłem parę sklepów z komputerami Apple. Ceny zaporowe i brak zainteresowania kupujących.  Więc parę słów na temat Maczków, cen sprzętu i cen oprogramowania do tego cacka. Nie wiem, czy jeśli tekst ma być zachętą do zakupów, to moja krwawica pójdzie na marne. A może tak źle nie będzie?

Stałem się fanem Maców Mini. Oglądałem je w sklepach i omijałem szerokim łukiem. Jęczałem:  - Badziew! Co za paranoiczny pomysł, komputer wielkości pudełka od ptasiego mleczka? Ani klawiatury, ani monitora, ani niczego, na co komu taka zabawka? Niniejszym powyższe odszczekuję.

Mac Mini fot. 2Pomysł na Mac’a Mini jest równie trafiony jak pomysł na laptopa. Tym bardziej, że komputery przestały być atrybutem ludzi zamożnych, i są dziś praktycznie wszędzie. Po co więc taskać ze sobą wszędzie monitor, klawiaturę i mysz, skoro można podpiąć gdziekolwiek swojego Mac’a Mini?

Nie czarujmy się, nie jesteście konduktorami w PKP, ani stewardesami w samolotach i nie musicie, jak w reklamach, jadąc, czy lecąc używać komputera. W polskich warunkach to wątpliwa przyjemność. Nie ma w polskich pociągach   WiFi, a działające gniazdko z prądem w wagonie to rzadkość i luksus. Zakup Mac’a Mini nabiera sensu.
 

Ile to kosztuje?

To zależy. Pierwsza sprawa, to analiza waszego obecnego stanu posiadania – czyli peryferia, które już posiadacie. Można multiplikować koszty kupując też nowy monitor, nową klawiaturę, mysz, drukarkę, external sound system na mini jacka i inne cuda. Ja zakładam – że to już macie i te koszty odpadają.

Można trafić Mac’a Mini już za ok. 2.000 złotych brutto. Ale uwaga, jeśli używasz komputera do gier, lepiej jest dopłacić parę stów i kupić Maca z chipsetem Nvidii, a nie tańszym, Intela. Do pracy „biurowej” Intel jest cacy, ale nowsze gry pod Maca (jest ich coraz więcej) mają do zintegrowanych kart graficznych Intela awersję i nie chcą się uruchamiać. Wtedy cena Maca Mini wzrośnie do ok. 2700 złotych brutto. Jak dla mnie – gry to fanaberie, a World of Warcraft śmiga i pod chipsetem Intela.

Zasada jest taka: sklepy handlujące produktami Apple windują ceny maczkowych akcesoriów do granic absurdu od lat kierując się zasadą, że jeśli   klepnięte „Designed for Mac”, to ma kosztować majątek. Tymczasem można kupić różne zabawki do Maczka sporo taniej, tyle, że trzeba wiedzieć CO. Wybierając się więc na zakupy – olewamy sklepy z Apple i maszerujemy do Saturna lub Nie Dla Idiotów.
Paradoks - to sklepy licencjonowanych resellerów Apple są właśnie dla idiotów, a  w każdym razie łosi i frajerów  :]

Drukarki sprzedawane jako windowsowe, zazwyczaj posiadają sterowniki do Mac OSX, tyle że nikt o tym głośno nie mówi (marketing Apple). Producenci drukarek tworzą sterowniki dla Mac OSX, ponieważ  Windows na świecie mimo wszystko rządzi, i ludzi by w korporacjach krew zalała, gdyby z MacOS nie mogli wydrukować głupiej kartki papieru na windowsowej drukarce.  Logiczne.
Jeśli sterowników nie widać przy pierwszym podejściu do poszukiwań w Google, trzeba się czasem więcej wysilić i poszukać na poświęconych MacOS forach dyskusyjnych. Wiele sterowników jest przez zapaleńców portowanych z Linuksa. O dziwo – działają! :)


Rzeczy, które można dokupić do Mac’a Mini:

1. Kamerka internetowa USB (należy sprawdzić na opakowaniu, czy działa pod OSX. Jeśli informacji brak, to prawdopodobnie też działa, ale po co robić sobie pod górkę i się denerwować? Koszt kamerki – 50-100 złotych brutto.

1a. Zestaw mikrofon – słuchawki do pogaduszek Skype. Cena - ~50 złotych brutto.

2. Tuner TV USB dla fanów telewizji i serialu "Klan" ['Dzieci, umyjcie rączki' - czy jakoś podobnie].
Apple przegiął pałę. Oferuje coś kompletnie bez sensu pod nazwą Apple TV (taki magnetowid z twardzielem i tunerem) za ~1500 złotych brutto, albo goły tuner za ~800 złotych brutto.
Można kupić niezły tuner TV USB pod Mac OS za 150-300 złotych brutto. Tylko znowu, trzeba wiedzieć który, bo w polskich sklepach zazwyczaj nie ma na opakowaniach od tunerów na ten temat żadnych informacji. Jaki? Taki, który jest wylistowany w specyfikacji oprogramowania do oglądania TV – Elgato EyeTV v3. Zła wiadomość –  oprogramowanie EyeTV jest płatne, licencja to €80 brutto.  

Już słyszę zawodzenie „- Cooo? €80?!”. Pamiętajcie - w marketingu i w życiu, jeśli coś jest za darmo, to na 95% możecie mieć pewność, że albo  jest gówno warte, albo nie docenicie i nie uszanujecie. Za darmo, to można w Polsce zostać pobitym :/
W ten sposób wkroczyliśmy do rozdziału pt. Software.

Mini Mac otrzymujecie wraz z systemem OSX Leopard i płytami instalacyjnymi systemu. O systemie pisać nie będę z 2 powodów. Po pierwsze, już pisałem, po drugie, patrz punkt pierwszy.

Poza systemem i wbudowanymi aplikacjami (eg. Timemachine, iCal, Mail) otrzymujecie zabawny i fajny pakiet oprogramowania Apple iLife 09, w skład którego wchodzi zabawka dla początkujących muzyków - GarageBand, świetny program do edycji video iMovie, taki sobie program do zarządzania albumami fotografii iPhoto, denny program do robienia stron WWW – iWeb, oraz wymiatający program do przygotowywania własnych DVD – iDVD. Ten pakiet ma swoje zalety, i lepiej go mieć, niż nie mieć. :)


„MUST HAVE” Software


1.MS Office 2008 for Mac – cena z polskim słownikiem (dziadowski, napisany przez outsourcera na kolanie, ale jest) w wersji „dla studenta” to wydatek ok. 500 złotych brutto. Nie jesteście studentami? To się zapiszcie na studia! :D
Inaczej,  cena najpopularniejszego pakietu biurowego zaczyna być mniej przyjemna i szybuje o 300% do góry.  
Parę słów o samym pakiecie. Składa się z paru komponentów. Word, Excel, PowerPoint, oraz Outlook pod OSX pod nazwą Entourage. PowerPoint jest pod OSX o wiele lepszy od tego z Windowsa. Cała reszta – zbliżona pod względem możliwości. Entourage - niektórzy nie lubią Outlooka, dla nich pozostają programy dostarczane przez Apple wraz z systemem – iCal oraz Mail. Działają tak samo.
Parę dni zajmie wam przywyknięcie do innego interfejsu, który w Mac OS jest troszkę inny od tego z Windowsa. Pakiet Mac Office też z tego OSX GUI korzysta, więc nie należy panikować.

2. Paragon NTFS for Mac OSX 7.0. Coś, co trzeba mieć po przesiadce z Windowsa, jeśli nie chcemy co chwila rzucać mięsem podczas korzystania ze starych dysków, które – zakładam – zechcecie podłączyć przez złącze USB.
Leopard ma własny system plików HFS+. Posiada też w systemie zaimplementowaną funkcję czytania partycji NTFS (Windows linii NT), ale nie ma wbudowanej możliwości zapisu na tych partycjach. Do tego służy właśnie program Paragon NTFS, dzięki któremu Windowsowe partycje przestają być problemem. Cena za tę przyjemność - $40 brutto.

3. Appzapper – program do szybkiego i bezbolesnego usuwania zbędnego oprogramowania w taki sposób, aby nie zostawiać po sobie śmietnika, czego efektem jest w dłuższej perspektywie „zamulenie” systemu. Unixo-pochodne systemy radzą sobie z usuwaniem oprogramowania o wiele lepiej niż Windows, ale mimo wszystko często „coś” się ostaje i nie jest to najszczęśliwszy pomysł. Cena: $13 brutto.

4. CandyBar 3 – program do jeszcze bardziej wypasionych ikonek :) Krótko: Nie tylko „blondynki” lubią ładny desktop. Jeśli macie już najbardziej wypasiony komputer, i najbardziej wypasiony system operacyjny Apple, to nie obciach cieszyć się i jeszcze bardziej ufajniać wygląd, na przykład ikonek. Cena próżności - $40 brutto.

5. 1Password – manager haseł, z zaawansowanymi opcjami importu z innych platform. Najlepszy program tego typu pod OSX, ale czy nie prościej bezkosztowo zainstalować dodatek do Firefoxa?  Cena - $40 brutto.

6. Coś do poprawiania fotografii? Hm. I tu mamy problem. Idiotyzmem jest kupowanie dla potrzeb domowych  najsłynniejszego programu do obróbki zdjęć – Adobe Photoshop CS4.  Cena za ten program to ~3500 złotych brutto. A nawet, jeśli pokombinujecie i kupicie program za granicą na licencji studenckiej, to nadal cena będzie oscylować w okolicach 1000 złotych brutto.
Alternatywą jest GIMP. Nic nie kosztuje, i posiada sporo możliwości. Gimpa nie lubię, a zakup Photoshopa uważam za wywalanie pieniędzy w błoto - grafikiem nie jestem.

Najprzyjemniejsza część – oprogramowanie darmowe:  :)
1.    Wspomniany GIMP – do obróbki fotografii.
2.    OnyX – do konserwacji systemu
3.    Adium – najbardziej wypasiony komunikator we wszechświecie, obsługuje wszystkie protokoły, w tym Gadu-Gadu i Skype, a nawet Twittera i Facebooka.
4.    VLC – program do oglądania filmów, do których oglądania posiadacie rzecz jasna licencje – koniec problemów z kodekami!
5.   Transmission – klient pod OSX do ściągania i udostępniania plików, do których posiadacie – co się rozumie samo przez się - odpowiednie prawa.
6.   AppFresh – program, który aktualizuje zainstalowane programy w systemie. Coś podobnego istnieje dla Linuxa. Windows się nie doczekał...
7.    Growl – programik, który informuje, co się dzieje. Bardzo użyteczny.
8.    Flip4Mac – w skrócie - kodeki
9.    Oraz standardzik: Firefox/Safari,  Quick Time, Skype, Adobe Reader, iTunes, player Flash, Java i inne.

Podsumowanie (ceny brutto w PLN):
Mac Mini ze zintegrowaną kartą graficzną Intel    2.200 PLN
Kamerka USB                                                        50 PLN
Słuchawki z mikrofonem                                         50 PLN
Tuner TV USB                                                       200 PLN
Licencja Elgato EyeTV                                            360 PLN
Licencja Mac Office 2008                                        500 PLN
Licencja Paragon NTFS for Mac OSX 7.0.                 130 PLN
Licencja Appzapper                                                 42 PLN
Licencja CandyBar 3                                              130 PLN
Licencja 1Password                                               130 PLN
Total:                                                              ~3.800 PLN brutto.

Pięć stówek można odjąć, nie musicie mieć wypasionych ikonek i wyczesanego programu do haseł, nie musicie też pisać na partycjach NTFS, możecie równie dobrze zrobić backup i format.
Jeśli się więc zakręcicie, Maczka z licencjonowanym softem macie za ok. 3300 złotych brutto!

Cena do przełknięcia, jeśli wziąć pod uwagę ILE za nią dostajecie. Oczywiście, zaraz krzykną niektórzy: - Po co płacić, skoro można mieć wszystko za darmo?

Fikcja i utopia. Jeśli chcecie funkcjonować w osobliwej niszy, to bawcie się Linuksem i „wolnym oprogramowaniem”. Można jeździć Audi, a można jeździć traktorem Ursus. Jeśli chcecie kupić komputer, którym będziecie wraz z oprogramowaniem przez lata zachwyceni – kupcie Maczka. Chociażby Mac'a Mini, wiem, że nie pożałujecie.

Jeszcze jedno, nie rozpisuję się na temat tego, co można w Leopardzie zmieniać, podkręcić, kombinować. Można. Lecz jedną z podstawowych różnic pomiędzy Windowsem a Mac OSX jest to, że OSX po prostu włączasz i działa. O!

Gabriella Silmi i 'Sweet about me'. Dobrego dnia!


Internetowe Dzienniki Biegowe
piątek, 29 maja 2009
Okiem teleinformatycznym

...Od dość dawna nie pisałem o nowych trendach w informatyczo-komputerowym świecie. Pewnie dlatego, że od miesięcy nic ciekawego się w tym świecie nie dzieje. Parę osób mnie prosiło, abym się na ten temat odezwał, no to się odzywam.

1.    Netbooki. Nazwa wymyślona przez marketingowca – debila. Małe, poręczne (no powiedzmy) laptopy. 2 lata temu, nie nazywały się netbookami, były krzykiem mody wśród lubiących gadżety ludzi biznesu i kosztowały (nie wiadomo dlaczego oczywiście) 5-7 tysięcy złotych. Teraz netbooki weszły pod strzechy, widziałem parę fajnych, za < 1500 PLN. Najciekawszym w ofercie tego segmentu wydaje się być Netbook MSI Wind. Powód? Daje się na nim zainstalować bez problemu OSX Leopard.
Oczywiście, jeśli tak uczynicie, zostaniecie uznani za zbrodniarzy, o 6 rano drzwi do domu wyłamie grupa antyterrorystyczna policji, pójdziecie na długie lata siedzieć, a fiskus skonfiskuje wasz majątek. Dlatego – ja tylko informuję, że OSX Leopard na MSI Wind wygląda i działa cudnie, ale nie namawiam do przestępstwa, bo to by było karygodne.

2.    Polski Internet przyśpieszył. Powiedzmy. Swego czasu wykazywałem dysproporcje pomiędzy tym, co np. Orange wyczynia w Polsce i porównywałem stan rzeczy z innymi państwami UE, gdzie Orange funkcjonuje. Od tego czasu trochę się zmieniło na lepsze.
Ale uwaga – często zmieniło pozornie, co widzę na co dzień. Mam, jak na polskie warunki szybkie łącze. Problem w tym, że owa szybkość w wypadku przeglądania stron internetowych jest ledwo widoczna na terenie kraju.  Jeśli łączę się z serwerem w Los Angeles czy w Londynie – połączenie jest szybkie. Jeśli natomiast oglądam strony umieszczone na serwerach w Polsce – wszystko działa tak samo, jakbym miał łącze 2MB, a nie 6MB. Nie wnikam w tego faktu przyczyny, jedynie przestrzegam, że w obecnej sytuacji wykupywanie usługi dostępu do Internetu z prędkością 6MB i wyższej mija się z celem. No chyba, że używacie Internetu do ściągania pirackich gier i filmów, ale znowu – za to możecie pójść siedzieć, a ja nie zamierzam was namawiać do złego.

3.    Moda. Poczynając od sukcesu iPhone, zaczął się też boom na komputery Apple. Wreszcie pojawiły się te komputery w zwyczajnych sklepach. Z nieskrywaną satysfakcją obserwuję w Warszawie trend, że jeśli chcesz być młodym człowiekiem na poziomie, masz Maczka. Jeśli masz peceta z Windowsem, to jesteś wieśniak. Można polemizować z sensem takiej oceny, ale faktem jest i to, że komputery Apple są najładniejsze, a system OSX Leopard jest praktycznie bez wad. Dlatego też, nie widzę w tej modzie niczego nagannego. Jeśli cała Polska zaczęłaby jeździć nowymi Mercedesami, też bym się nie pogniewał.

4.    Komórki. Skoro już o modzie, to i o komórkach. Swoją Nokia N95 8GB mam od ponad roku, i nawet, gdybym miał zbytecznych parę tysięcy złotych, to bym nowej nie kupił.  Zdarza się, że się zacina, albo się bez pytania zrestartuje, jedyną wadą tego telefonu jest brak touchscreenu, który utrudnia używanie niektórych aplikacji telefonu. Nie jest to jednak aż tak dotkliwe, aby z tego powodu wymieniać telefon na inny.

A inne telefony? To jest rzecz gustu. Moim zdaniem nic ciekawego się na rynku telefonów komórkowych od premiery pierwszego iPhona nie dzieje. Coraz więcej firm wprowadza na rynek iphonopodobne telefony i tyle. Trend jest słuszny, ale nie zasługuje na specjalną uwagę. Z ciekawością przyglądam się nowej Nokii N97. Słyszałem, że ma wolny procesor.  Nie jestem też przekonany do klawiatur w komórce. To ma być komórka, a nie laptop. Dlatego też, z zakupami poczekam chyba na Nokię N98. A inne firmy? No cóż, ciekawe telefony robi mało popularna w Polsce firma HTC (Touch Pro2) oraz BlackBerry (Storm 9500).  Moim zdaniem na rynku warto się interesować dwoma producentami komórek: Nokią i Apple.

I jeszcze jedno. Nie wierzcie w to, co do znudzenia próbują wam wmówić marketingowcy. Smartfony, to nie są żadne „telefony biznesowe” i żadna oznaka „prestiżu”.
To marketingowcy wmawiają, znając ludzkie tęsknoty za stanowiskiem kierowniczym i dobrą pensją, że jeśli kupisz sobie telefon za milion złotych, to poczujesz się lepiej, dowartościowany. Rzecz polega na czymś innym. Nie ma żadnych przeszkód, żeby telefon z górnej półki, jak mój, posiadała pani przy kasie w „Biedronce”. Jak się ktoś zaweźmie, to kupi. Chodzi o funkcje telefonu oraz o to, czy je wykorzystujemy. Ja wykorzystuję, i dlatego jestem zadowolony. A jak ktoś mi mówi, że mam telefon „biznesowy”, to mi się niedobrze robi. Biznesowy telefon bym miał, gdyby mi go jakiś biznesowy wał kupił. A kupiłem sobie telefon sam.

5.    Windows 7. Czyli coś, co nikomu nie jest do szczęścia potrzebne. W każdym razie ani dziś, ani na przestrzeni najbliższych 3-4 lat. Microsoft przy promocji nowego Windowsa stosuje metody marketingowe sprawdzone już przy promocji MS Vista. Publikuje wciąż publiczne bety i nagłaśnia je w portalach komputerowych. Można te informacje traktować w kategoriach ciekawostek, jeśli się jest nastolatkiem.
Nie widzę ANI JEDNEGO powodu do kupowania nowszego Windowsa, niż Vista. Ani jako klient indywidualny, ani jako firma, ani jako ktoś, kto miałby doradzać wielkim korporacjom. To jest pozbawione sensu. Vista jest dobrym, stabilnym systemem, i zakup nowszego systemu Windows 7 (a Vista wciąż jest systemem nowym) byłoby kompletnie irracjonalnym marnotrawieniem pieniędzy.

6.    Ustawa medialna. Parę słów o uchwalonej właśnie ustawie medialnej, pośrednio związanej jednak ze światem teleinformatycznym.
Po pierwsze, obstawiam, że ta ustawa nigdy nie wejdzie w życie, ponieważ nie poprze jej PiS (czyli Prezydent).
Po drugie, nowa ustawa medialna co najmniej w 2 kwestiach jest jeszcze gorsza, niż poprzednia. Przedtem mało kto płacił za gównianą telewizję publiczną, teraz będą musieli płacić wszyscy, bo polskie państwo zamierza finansować z budżetu państwa publiczne media. I to jest główny problem.

Moim zdaniem publiczne media są w Polsce zbyteczne, gdyż od dziesięcioleci są niewydolne, nudne i upolitycznione do granic absurdu. I radio, i telewizja. To molochy, które i biorą pieniądze od obywateli, i biorą pieniądze z reklam.  Nie widziałbym żadnego problemu w tym, żeby „misję publiczną”, za odpowiednie pieniądze realizował TVN, a przykładowo audycje dla Kaszubów produkowała sieć RMF, czy stacja TOK FM. Ręczę, że programy by ożyły i stały się wreszcie strawne.
Jeśli w komercyjnych mediach jesteś słabeuszem, to wypadasz, ponieważ ludzie nie chcą oglądać i słuchać miernot. W mediach publicznych jest inaczej. Jeśli nie podskakujesz, możesz zacząć pracę dziennikarza zaraz po studiach, i zakończyć na emeryturze. Tak było za Gomułki, Gierka, Jaruzelskiego – i tak jest nadal. Piszę tu o zasadach, jakie w tych instytucjach obowiązywały i obowiązują nadal. To patologia, i tego nikt nie chce zmienić. Dlatego, że każda władza chce mieć wpływ na media. A będzie mieć tak długo, jak długo będzie łożyć na te media pieniądze. I z tego powodu, jak długo nie odetnie się źródła pieniędzy dla publicznych (z nazwy!) mediów, tak długo te media będą beznadziejne. Nie ma żadnego znaczenia też, czy telewizją rządzi pan z LPR, z PO, czy z partii miłośników hiacyntów. Bez znaczenia.

Obecna ustawa jedynie zalegalizuje stały dopływ pieniędzy do PR i TVP. Nic się więc nie zmieni, no może poza tym, że ja dotąd nie płaciłem za TV (bo nie posiadam), a teraz będę płacić na nią poprzez podatki bez pytania.



A na weekend zagra sobie Cutting Crew - "I've Been In Love Before".
Fajna pościelówa z fajnych czasów. Miłego weekendu!


Internetowe Dzienniki Biegowe
 
1 , 2 , 3 , 4
| < Luty 2010 > |
Pn Wt Śr Cz Pt So N
1 2 3 4 5 6 7
8 9 10 11 12 13 14
15 16 17 18 19 20 21
22 23 24 25 26 27 28
O autorze
Zakładki:
... O autorze tego bloga słów kilka:
Archiwum moich notek
Komputerowo ...
Odwiedzam ...
Po godzinach ...
Takie mydło i powidło ...
X ... katolicyzm pozytywnie. I to nie dość że w Polsce to zrozumiale i mądrze.
Xx ... wspomnień dawnych czar ...
Xxx ...moje najpiękniejsze miejsca na Ziemi.





stat4u